After the show

Prolog: To było najważniejsze wydarzenie minionego roku w moim życiu. Koncert Alice In Chains w warszawskiej Stodole. Trzyletnie oczekiwanie, przygotowania mentalne, finansowe. Miałam nie jechać bo zabrakło kasy na bilet. Dla niedowiarków w maksymę,że "wiara przenosi góry", napiszę tylko tyle: Wygrałam w totka kasę na bilet. Nieźle, nie!

No i prawie wszystko mi się udało. Piszę prawie, bo ja zawsze mam w zanadrzu jakieś chciejstwo nie do spełnienia. Dobra. Dosyć biadolenia. Pora się pozachwycać.

Pod Stodołą zameldowaliśmy się o siedemnastej. Wpuszczali za godzinę. Trochę mnie wytrzęsło bo w samochodzie nie zdjęłam wierzchniego okrycia. Z emocji chyba. Narodu było sporo, kolejka za horyzont. Muszę dodać,że był to pierwszy mój samotny koncert. Ogłoszono przez megafon, że można robić zdjęcia kompaktem ale nie wolno filmować. Dobre i to, pomyślałam ale aparat i tak schowałam za pasek spodni. Przy wejściu taki miły starszy pan obmacał mój kultowy plecak i spytał, "czy kochaneńka nie masz napoi?", Odparłam,że tylko sweter i dewocjonalia i weszłam. Potem dłuuuuuuuuuuuga kolejka do szatni, numerek, oczko w głowie, bo za zagubiony 20PLN w błoto.

Stodoła bardzo się podoba mi. Może dlatego, że to taki studencki PRL jeszcze. Przynajmniej tak mi się kojarzy.

Weszłam na salę. Było jeszcze luźniutko, więc ruszyłam na miejsce skąd mogłabym obfotografować IDOLA. O dziwo znalazłam miejsce tuż przy barierce, ale nie bez problemu. Grzecznie poprosiłam o minimalne przesunięcie się, na co jakaś wymalowana jejmość, że ona w razie czego się schyli. No dobra, myślę sobie, poczekam cierpliwie skoro nie wiesz kobieto co cię czeka za jakiś czas. Nie było supportu i trzeba było czekać dość długo. Nogi wrastały w Dpę. Bałam się tylko, żeby nie spotkało mnie to co M. Dańca kiedy czekał na walkę Gołoty. Ale nie. Wszystkie płyny ustrojowe zasnęły na tenczas snem sprawiedliwego. Może jestem chora ale moje dzieci chodzą na koncerty w słusznym wieku. Kobitka przytachała na koncert trzyletnie i stanęła z nim przy kolumnach.Więc może nie jestem chora, ale fanem to jestem cienkim w porównaniu z nią.

Zgasły światła i byłam przy barierce. Jak policzyłam i dobrze wyczułam to trzy ciała leżały na mnie przez cały koncert. Dzięki temu miałam jako taką stabilizacje przy robieniu zdjęć. I stało się światło i okazało się, że stoję w dobrym miejscu. Najlepszym. Mr. Cantrell stał vis a vis mnie. Uśmiechał się cudnie i przez chwilę patrzył na mnie. Nic dziwnego bo moja gębusia świeciła chyba najjaśniej tego wieczora i uśmiechała się non stop. No i się zaczęło. Z tego co pamiętam, to z nowej płyty zagrali cztery kawałki. Reszta była z czasów kiedy żył Laine. Pamiętam, że w Spodku trzy lata temu zabrakło mi takich kawałków jak "Angry chair","Junkhead", "Nutshell", "Man in the Box". Tym razem wszystkie wykonane były z moim skromnym udziałem. Mój ulubiony "Ain`t like that"z bogatą horeografią ręczną, a w międzyczasie oczywiście fotki. Panienka obok mnie nie mogła wyjść z podziwu. W porywach chyba nawet bardziej patrzyła na mnie niż na scene. Jakoś tak w połowie koncertu, rozgrzana przez trzy ciała za mną, zalałam się potem. Dobrze, że miałam arafatkę. Pod koniec, czyli około dwudziestej pierwszej zaczęła się ceremonia rozdziału artefaktów: kostek, pałeczek i membran od bębenków. Nie od razu dostałam kostkę Jerrego. Tuż przed zakończeniem Została mi wręczona. Ścisnęłam ją mocno i ruszyłam do wyjścia.

Na korytarzu kłębił sie tłum fanów idących do szatni na górze i na dole. Pomyślałam, że jak czegoś nie wymyślę, to szlak trafi autografy. Palca nie było gdzie włożyć. Trudno, pomyślałam, trzeba na krzywy ryj. Przykleiłam się do gościa, który stał zaraz przy ladzie i czekałam. Gościu dostał kurtkę, wyszedł, ja podałam numerek, w ułamku sekundy dostałam skórę i puściłam się pędem do wyjścia, zostawiając nieprzebrane tłumy za sobą. Uff, odetchnęłam świeżym powietrzem. Trochę kręciło mi się w głowie i pewnie dlatego poszłam w złym kierunku. Głowa chodziła mi dookoła szyi kiedy usłyszałam znajomy głos pana, który macał mój plecak: "Jak się podobało?", spytał Pan. Nie wiedziałam na początku kto to jest. Dopiero jak wyszedł z cienia to zobaczyłam odblaskową kamizelkę.

"Dobry człowieku, z nieba mi spadasz. Gdzie mogę Ich znaleźć? Gdzie będą wychodzić? ", spytałam. Podszedł bliżej, nachylił się i rzekł: "Z drugiej strony jest brama. Ludzie już tam stoją, biegnij tam". No i pobiegłam wyciągając swoje dewocjonalia po drodze. Było nas ze dwadzieścia osób. Wszyscy jeszcze podnieceni koncertem. Niektórzy czymś więcej. Pierwszy pojawił się Sean – perkusista. Wymieniłam serdeczności i wymusiłam obietnicę, że na pewno znów przyjadą. Sean był rozmowny, on w ogóle jest najfajniejszy z grupy. Jerry przyszedł za chwilę i tylko słuchał moich zachwytów i pisał. Chciałam zapytać go o wspolne zdjęcie ale życzył tylko miłych snów "Good night", powiedział podał dłoń i poszedł. Will i Mike postali trochę dłużej. Pytali o imiona i grzecznie skrobali dedykacje. Ja dostałam serduszko gratis od Wila. Potem pomachaliśmy im jak odjeżdżali wielkim czerwonym, piętrowym potworem i przyszedł czas na bilans osiągnięć. Fotki są, Kostki są, autografy są – wszystkie, cudowne wspomnienia w nadmiarze, Piękny uśmiech idola musi wystarczyć do następnego razu zamiast zdjęcia z nim. Jerry wie jak przyciągnąć fana na koncert. Jestem przykładem. Nie wszystko na raz. Po trochu, powoli. Następnym razem na pewno się uda. 

Epilog: Chętnych do oglądania Artefaktów odsyłam do mojego spejsa ewentualnie na mój Facebook pt. Anna Gołebiewska. Życzę miłego oglądania. Będzie wystawa moich zdjęć koncertowych o czym nie omieszkam powiadomić i zaprosić. Również moje zdjęcia do oglądania na www.teatrplock.pl w galerii.

Ps. Jeszcze nie wydobrzałam z przeziębienia. Możliwe zapalenie oskrzeli ale nie mam czasu chorować…, puki co. 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*