Z Łodzi na suchy ląd

Łódz zawsze kojarzyła mi się z brukiem i rozgrywkami piłki ręcznej. Grałyśmy przeważnie z jakaś Elaną, albo inną tkaninopodobną drużyną i zawsze dostawałyśmy w kość. To było chyba ze sto lat temu.

Dworzec "Łódź Fabryczna"chyba nie zmienił się wcale, chociaż przybyło budek z chamburgerami no i pełna komputeryzacja na kasach.

Jechałam do Łodzi na zaproszenie. Jechałam do Łodzi powaletować w akademiku Akademii Muzycznej, zrobić milion fotek, być może jedynych w swoim rodzaju. W końcu jechałam do Łodzi posłuchać jedynej niepowtarzalnej muzyki, na którą czekałam kilka lat. Umówiłam się z Krzyśkiem, że przyjadę po południu, żeby mógł spokojnie pracować i nie martwic się, że zgubie się w mieście. Około osiemnastej zameldował, że jest na miejscu i czekał godzinę. Mój autobus bowiem stawał przy każdym napotkanym krzaku.Zdążyłam posłuchac sporej części muzyki z MP…, przeczytać 50 stron niezwykłej powieści Toma Robbinsa i zdrzemnąć się znużona upałem. Krzysiek mnie nie poznał. Dopiero kiedy do niego podeszłam, stwierdził, że wyglądam zajebiście , że schudłam i w ogóle.Ruszyliśmy do tramwaju. Jak zwykle jechaliśmy na gapę. Ten człowiek ma takie zasady, że czasem włosy stają dęba. Nie powiem jestem w dobrej formie fizycznej…, jak Boga kocham biegam każdego dnia na Sobotce, no ale dawac nogę kanarom z torbą pełną sprzętu, statywem (3 kg), i torbą podróżną, to zakrawa na jakiś miejski survival.

"Będzie dobrze" – powtarzał Krzysiek. No i było. Jeszcze tego samego dnia  pojechaliśmy do Manufaktury. To jest coś w rodzaju Galerii, które można spotkac w każdym mieście. Tylko, że tutaj Galeria ma styl starej fabrycznej Łodzi: fabryczna czerwona cegła, fabryczne wielkie okna, dziś podświetlone kilorowymi światłami. Do manufaktury przyjeżdżają świeżo poślubieni na plenery, dziadkowie z grymaszącymi wnukami i studeci z podstarzałymi koleżankami fotoamatorkami.

Zrobiłam  kilka fotek i ledwo zdążylismy na zakupy do REALA. Około północy wróciliśmy do akademika. Krzysiek przez droge instruował mnie jak mam jechać następnego dnia na zdjęcia, a ja już sie widziałam jak błądzę ze łzami w oczach. Kompletnie nie radzę sobie w obcym mieście. Kompletnie. Nerwowo szukałam jakichs charakterystycznych miejsc i z rozpczą stwierdziłam, że miasto noca i za dnia to zupełnie inne miasta. Cztery razy przed snem powtarzałam sobie marszrutę

 – Jezu! Tobie trzeba tłumaczyć jak dziecku – jęczał Krzysiek. Pewnie i tak sie zgubię jak się znam

Nie zgubiłam się. Po prostu pojechałam razem z nim jak jechał do pracy i stałam potem dwie godziny w bramie jak dziwka cekając na słońce. Zmokłam ze trzy razy i na wikcie z Green Way`a dotrwałam do południa. Potem jakimś cudem dotarłam do fundacji, w której pracował Krzysiek, żeby zrobić zdjęcia jakiemuś projektowi, a potem znów egzamin z topografii bo do domu wracałam sama. Krzysiek znów cierpliwie tłumaczył mi drogę. Jest świetnym nauczycielem takich baranów jak ja . W końcu nie na darmo ma licencjat z PWSZ tów. Po powrocie do akademika dostałam gratulacje smsem.

 Pokój Krzyśka był zapuszczony po ostatnich baletach z Chinkami, które przyjechały na warsztaty. Codzinnie rano budziły nas dźwięki fortepianu z koncertowym wykonaniem Chopina. Chciałam w tym pokoju robić zdjęcia, więc musiałam go sobie posprzątac. Po dniu pełnym wrażeń szło mi to bardzo wolno, tym bardziej, że zlew ze zmywakiem był oddalony 'trzy przystanki' od pokoju. Potem musiałam namierzyć szczotkę i zmiotkę. Mogłam przysiąc, że gdzieś ją widziałam. Swiadoma porażki zrezygnowałam z poszukiwań i postanowiłam poczekac na gospodarza. Czekanie umilił mi błogi sen, z którego wyrwały mnie dziwne odgłosy. okazało się, że to Krzysiek uganiał sie z laczkiem za ćmami i komarami. Na moje pytanie o szczotkę odparł, że albo jest w kuchni , albo na parapecie. No jasne ! Zewnetrzny parapet okna to normalne miejsce na szczotkę i zmiotkę. Nie zaglądałam jeszcze do lodówki. Zabrałam się za zamiatanie. Na podłodze stał futerał z pięknie iskrzacym IBANEZEM. Obok piec MARSHALA i multiefekt BOSS coś tam. Sześć głośników i kilometry kabli. Wszystkiego tego dotknęłam, pogłaskałam i przekazałam energię. Po wysprzątaniu pleneru, Krzysiek zabrał sie za ceremonię czynienia pizzy

 – Takiej jeszcze nie jadłas – obiecał i zabrał sie do roboty. Wieczorem słowo stało się ciastem. Pierwszy raz widziałam jak facet robi ciasto drożdżowe. Może dlatego, że muzyk, to wyrabiał je, okładając pięściami. Nie wiem. Musze przyznać jednak, że pizza była dobra. Następna ceremonia to rozkładanie sprzetu. Czułam się jak w świątyni, klęcząc w nawie głównej, Krzysiek rozstawiał swoje dewocjonalia tak, żeby akustyka była dobra. Wyciągnęłam dwie butelki Lecha, żeby uczcić zbliżające się imieniny gospodarza i zaczelismy uroczystości. najpierw pizza i piwo jak chleb i wino, a potem kapłan musial sie troche przygotować. Poszłam na fajka (on nie pali, nie bierze i nie popija od jakiegoś czasu)

Koncert trwał i trwał…, i trwał… Właściwie to mogłaby na tym skończyć, bo czym jest słowo, żeby wyrażać nim odczucia realne w danej chwili. Nie ma takich słów. Posłużę się więc Tomem Robbinsem – mistrzem 

"Co zaś tyczy się owych powieści, które jakoby są "lustrzanym odbiciem" rzeczywistości…

(Pod koniec drugiej wojny Swiatowej pewien amerykański lotnik wyskoczył ze spadochronem z płonącego samolotu i wylądował w odległej wiosce w pobliżu Morza Japońskiego, Wiesniacy – pobożni wyznawcy buddyzmu, oddaleni o setki mil od gorącej areny wydarzeń i szinoistyczni-faszystowsko-przemysłowej filozofii, będącej przyczyną owych wydarzeń – zabrali połamanego pilotado siebie i pielegnowali go jak swojego. Ukrywali go przez kilka miesiecy, lecz mimo ich wysiłków pilot zmarł)

(Ponieważ buddyści oddają cześć wszelkim przejawom życia, szanują również właściwości śmierci. Wieśniacy chcieli zapewnić martwemu cudzoziemcowi należny mu pochówek, lecz jedyne obrzedy pogrzebowe, jakie znali, związane były z buddyzmem i jako takie wydały im sie , rzecz jasna, niestosowne)

(Obłożywszy ciało lodem ze stawu, wyruszyli w drogę, by dowiedziec się, jak wyglądają chrześcijańskie ceremonie pogrzebowe – uczynili to bardzo dyskretnie, tak, by nie obudzić podejrzeń władz. Niestety nie dowiedzieli się niczego) 

(W końcu komus udało się przeszmuglować do wioski japońskie tłumaczenie napisanej po angielsku książki, która,zda się zawierała potrzebne informacje. Książka była zatytuowana "Stypa po Finneganie")

(Jeśli potraficie sobie wyobrazić owych ciemnych, japońskich wieśniaków, Którzy w 1945 roku próbowali urządzić pijaną, irlandzką stypę- skomplikowaną ponad wszelką miarę grami słownymi James`a Joyce`a – jesteście w stanie zrozumieć związek pomiędzy autorem, maszyną do pisania a rzeczywistością…)

Nawet używając narzędzia oburącz nie uda się wszystkiego opisać. Jeśli pisarze mają takie dylematy, to co dopiero taki grafomański wypierdek jak ja. Szkoda gadać (czytaj: pisać)

Szcęśliwie dotarłam do domu. Jestem pewna, że Krzysiek wyda w końcu płytę, mimo wiecznych kłopotów z niezadowoleniem. 

Kasia ma dosyć zarabiania pieniędzy w Norwegii i chce do domu. Chce na AUDIORIVER i na WOODSTOCK.

Dzis impreza u Grażyny. "Czerwone korale", "Prawy do lewego", "Żono moja"- to ulubione kawałki solenizantki. Jak ja to przeżyję…. 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*