wuala

 

-…, Kiedy powiem 5 przeniesiesz się na ciepłą plażę gdzie odzyskasz spokój i odnajdziesz swoje miejsce w życiu – powiedział terapeuta i zamilkł. Lizee kręciła się chwilę, a potem zasnęła uśmiechając się do siebie.

Lizee poczuła ciepły wiatr na twarzy, potem otworzyła oczy i zobaczyła fale morskie rozpływające się tuż przy jej nogach. Zerwała się z piasku, spojrzała na horyzont – jasne niebo, ciepłe słońce…

– Witaj Lizee – usłyszała za plecami. Obejrzała się. Za nią stał starszy pan ubrany w płócienne spodnie i lnianą koszulę. To śmieszne, ale Lizee wiedziała to. Mężczyzna miał lekko siwiejące włosy, twarz poczciwego wujka i dłonie złożone razem.

– Gdzie ja jestem? – Spytała Lizee. – Co to za miejsce?

Starszy pan usiadł na piasku, poprosił, aby Lizee usiadła również.

– To jest miejsce, gdzie poznasz siebie samą, nauczysz się siebie i pomożesz innym – odparł mężczyzna.

 

 

Duży księżyc wisiał na horyzoncie. Chłodny powiew wdzierał się do pokoju. Na parapecie świeciła blada lampka. Obok niej wsparta na łokciach siedziała Lizee. Świeżo upieczona laureatka konkursu internetowego….

– Przecież ja nie potrafię – Szepnęła do siebie. Za trzy tygodnie będzie w zupełnie innym miejscu, wśród innych ludzi.

 

 

 

Jerry wyszedł z basenu. Był wykończony bezsenną nocą, bezczynnością zawodową i brakiem jakiegokolwiek pomysłu na nową płytę. Wolno wytarł całe ciało i poszedł do sypialni, gdzie w nagim ciele, rozłożonym w poprzek łóżka rozpoznał atletyczną Marion. Jerry sprzątnął dowody swojej aktywności seksualnej i omotany w szlafrok poczłapał do kuchni. Ktoś dobijał się do drzwi

-, Kto? – Odezwał się Jerry do mikrofonu domofonu.

– Posłaniec – Odparł zachrypnięty głos.

– Przesyłka? – Spytał znów Jerry.

– Wiadomość -Odparł głos.

-Od, kogo? -Spytał Jerry.

Posłaniec westchnął ciężko.

-Od przyjaciela -Odszepnął cicho. Jerry stał chwilę i zastanawiał się w końcu przycisnął brzęczek. Ubrał się szybko i ruszył w stronę bramy. W jego stronę dziarskim krokiem, jak na wiekowego staruszka, zmierzał mężczyzna o wyglądzie żebraka. Podpierał się długim kijem, ubrany był w brudne i podarte łachy, miał siwe włosy i zarost na twarzy.

– Nie lękaj się! – Krzyknął stary w obawie, że Jerry zacznie wzywać pomocy.

– Daleko tu do ciebie chłopcze – zauważył stary – Masz wiadomość w komputerze. Czekasz na nią. Jest kobieta, która tu przyjedzie. Czekasz na nią od dawna. A to… – Starzec wyjął zza pazuchy zeszyt, trochę wymiętoszony i brudny – …To powinno cię przekonać, że mówię prawdę – Stary położył zeszyt na ławeczce i cofnął się o krok.

-, Kim jesteś?- Spytał zaskoczony Jerry

– Posłańcem, mówiłem już – Odparł stary.

– Masz chyba imię. Może czegoś ci trzeba? – Pytał Jerry

Stary uśmiechnął się i potarł brodę.

– Znasz moje imię na pewno. Potrzeba mi spokoju, modlitwy i… – urwał na chwilę -…Twojego szczęścia, którego ja nie zaznałem – dodał, odwrócił się i odszedł.

Jerry stał w alejce trochę oniemiały i nie wiedział, co właściwie się stało. Konkurs, kobieta, szczęście. Jerry nie wiedział, o czym ten człowiek mówił. Spojrzał na zeszyt. Na okładce były trzy litery AIC napisane pismem technicznym. Jerry otworzył zeszyt. Kartki w środku zapisane były drobnym pochyłym pismem, tytułowa strona zapisana była jak hasło, przesłanie czy życzenie:

„Nie schrzań życia tak jak ja Stary. Posyłam ci moją wiarę" – Brzmiały słowa.

Jerry odczytał je, gwałtownie zamknął zeszyt i wybiegł na ulicę, rozejrzał się. Nikogo nie było.

– Ty draniu – Warknął i wrócił szybko do domu. Usiadł do komputera, otworzył skrzynkę pocztową:

„Konkurs rozwiązany. Mamy płytę, chyba hitową. Przesyłam ci materiały propozycję okładki. Autorka ma na imię Lizee i przylatuje za trzy tygodnie. Trzymaj się Miłej pracy. Max "

 

Jerry dopiero teraz przypomniał sobie, że ogłosili konkurs w Internecie i czekali na propozycje. Szybko otworzył pliki z materiałami. Pierwsza była okładka: postać mnicha w kapturze, bez twarzy. W ręku mnich trzymał bukiet margerytek związanych łańcuchem. Z kaptura widać było pukiel jasnych włosów. Mroczny horyzont… Jerry aż usiadł z wrażenia. Przyglądał się obrazowi. Na to właśnie czekał.

– Kochanie! Jest coś do jedzenia? – Usłyszał głos Marion.

– Weź z mojego portfela pięć stów i idź sobie. Jestem zajęty – Odparł Jerry

– Jak to pięć stów?! – Oburzyła się Marion – Nie jestem dziwką! – Burknęła Marion nadęła wargi.

– Mam robotę. Idź już – dodał cicho Jerry i oglądał dalej plik z tekstami i muzyką.

– Jasny gwint – Wycharczał – To jest świetne – Dodał, a potem odczytał ostatni plik:

„Myślę, że zawiesi Pan swoje oczy na tym, co zrobiłam. Pozdrawiam

Lizee"

– Zawiesi?! Dziewczyno! To jest cudowne! -Wykrzyknął Jerry.

 

***

 

Dochodziła dziewiąta rano. Lizee wracała z porannego biegania. Zaczęło padać.

– Przepraszam – Usłyszała Lizee. Obejrzała się. Za sobą zobaczyła starszego pana z torbą podróżną.

– tak słucham pana – Odparła.

– Mam dla pani wiadomość. Jedzie pani niedługo w do LA. Prawda? – Upewnił się.

– Tak – Odparła Lizee.

– Niech pani zatrzyma się u przyjaciół. Kontrakt, który pani podpisze nie będzie dopełniony, co do mieszkania. Finansowo się uda – Powiedział mężczyzna.

Już to zrobiłam, też mi się wydawało, że to dziwne mieszkać z obcym mężczyzną – Zawiesiła głos Lizee,- Kim pan jest? Może…

– Posłańcem. Miałem pani przekazać tę wiadomość i żeby pani nie obawiała się. To dobry kontrakt i powiedzie się pani – Dodał facet.

– Dziękuję panu. Dziękuję za dobre nowiny – Ucieszyła się Lizee

– A!! – Wrócił się mężczyzna – Pan Jerry to dobry człowiek. Do tej pory był samotny i trochę zdziwaczał, ale będzie dobrze – Dodał starszy pan

– Do tej pory. To znaczy, że nie jest sam? – Spytała Lizee.

Mężczyzna uśmiechnął się.

– Nie wyjdzie po panią na lotnisko – Wyjaśnił – Nie ładnie, ale no cóż…, efekt będzie murowany.

– Efekt? – Zdziwiła się Lizee. Faceta już nie było.

Lizee wróciła do domu i zadzwoniła do swojej przyjaciółki w LA – Beth.

– Cześć Beth! Tu Lizee. Wyjdziesz po mnie na lotnisko? – Spytała.

– Jasne! – Ucieszyła się Beth – Od razu ci mówiłam, że wyjdę. To na razie.

 

***

 

– Max to głupota! Nie jestem jakimś alfonsem. Jak to sobie wyobrażasz? Może to jest jakaś psychopatka, albo nie wiem… – Rozognił się Jerry

– Przysłała mail do biura, że załatwiła sobie mieszkanie. Zrobiła aneks do kontraktu, żeby nie ciągać cię po sądach – Odparł Max

– No – Uspokoił się Jerry, – Kiedy ją poznam? – Spytał

– Nie wiem – Odparł Max – Podała numer konta. Nie wiem gdzie mieszka. Pewnie nie poznasz jej wcale i na tej płycie się skończy. Jak sobie życzysz? Bierz się do roboty, albo ją znajdź..

Jerry dopiero teraz uświadomił sobie, że nie tędy droga. Nie może być rozkapryszonym gwiazdorem. Dziewczyna nie chce u niego mieszkać, więc nie zależy jej. Coś było nie tak. Miał pamiętnik Laina…

– Masz jej mail? – -Spytał Jerry

– Tak

Jerry wysłał natychmiast wiadomość do Lizee, że będzie na nią czekał na lotnisku.

Tego dnia nic Jerzemu nie szło tak jak powinno. Zaspał i musiał nadrabiać stracony czas. Potem okazało się, że nie ma czasu na lunch, bo musi jechać na lotnisko. Zadzwonił tylko, do Mikiego, że będzie na próbie i pędem pognał po Liz. Samolot spóźniał się.

Liz umówiła się z Beth na parkingu. Wzięła swoje bagaże i ruszyła do wyjścia. Jerry tymczasem drzemał na ławce przy stanowisku przylotów i nie zauważyłby Liz gdyby nie przypadek. Liz targała torbę na kółkach i gitarę na ramieniu. Trąciła nią lekko Jerry`ego w kolano. Jerry otworzył szeroko oczy i szybko wstał.Liz obejrzała się

  • Przepraszam -Powiedziała i poszła jeszcze kawałek zanim obejrzała się znów.Uśmiechnęła się, Jerry też się uśmiechnął.

– Pan Cant? – Spytała

– Tak to ja. Ty pewnie jesteś Liz – Upewnił się Jerry i wyciągnął dłoń do powitania.

– Liz Benet miło mi

– Daj tę gitarę i powiedz gdzie się zameldowałaś – Spytał Jerry

– U Vederów. Beth to moja przyjaciółka i nikomu nie będę przeszkadzać – Odparła Liz. Jerry trochę się zmieszał, ale nie miał zamiaru narzucać się z gościną.

– U Vedów? Myślałem, że w hotelu – wybrnął

Na parkingu obie panie przywitały się serdecznie. Pytaniom nie było końca.

– Jerry jak miło, że znalazłeś czas – Beth powitała Jerzego drwiną. Jerry uśmiechnął się i ukłonił.

– Ed kazał przywieźć cię na próbę – Beth zwróciła się ponownie do Liz

– Naprawdę?! To super! Jedźmy, więc – ucieszyła się Liz – A gdzie Kasie?

– Jest z opiekunką. Nie chciałam jej brać, jest ruchliwa i pewnie zgubiłaby się w tym tłumie

Liz zapakowała się do samochodu i pojechali. Na salę prób było kawałek. Jechali w milczeniu. Liz zastanawiała się, jak pomóc w sprawie, którą dostała. Stone to przecież nie byle, kto. Nie posłucha jej – na pewno.

– Da mi pan autograf? – Spytała nagle Liz, żeby zabić złe myśli.

– Tylko autograf? Myślę, że będziesz nam pomagać na próbach – Wyraził nadzieję Jerry.

– Gdzie macie próby? – Spytała Liz.

– W klubie „Busta Buzz"- odparł Jerry – To nie daleko.

– No jesteśmy. Zapraszam – Powiedziała Beth.

Kasie akurat spała, więc Liz odświeżyła się, przebrała i pojechali na próbę PJ.

Ed zmagał się akurat jakimś ciężkim kawałkiem, kiedy cała trójka weszła na salę. Na widowni siedziało kilka osób.

-Witam gości! – Krzyknął Ed i zeskoczył ze sceny – To jest pewnie Liz? – Zapytał.

– Miło mi poznać – Odparła Liz.

– Jak ci się podoba to upadłe miasto? – Spytał Ed

– Chyba jeszcze nie upadło skoro tu jesteście – Odparła Liz. Jerry uśmiechnął się. Ta kobieta zaczynała na niego działać jakąś dziwną mocą. Była skromna, zabawna i miała go w nosie. Nie był przyzwyczajony do ignorancji swojej osoby i był głodny jak wilk.

– Zagraj z nami Liz -Zaproponował Ed. Liz przestała się uśmiechać. Otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale zanim to zrobiła, już była na scenie.

– To jest Miki, to Jeff, to Matt , a to Stone – Wymienił jednym tchem Ed. Liz przywitała się ze wszystkimi, tylko Stone patrzył na nią jakoś tak dziwnie przenikliwie, a potem podał jej gitarę.

– Ale ja… ja… – Opierała się Liz – Jestem nierozgrzana. Och! – Wydukała w końcu, ale w ręku miała już gitarę i kartkę z utworem. Perkusista podał rytm, Liz dotknęła strun… i zagrała jakby robiła to od zawsze. Tak samo dobrze radziła sobie z akordami jak i z solowymi partiami, trochę improwizowała.

– Dobrze! – Ucieszył się Stone. Liz westchnęła ciężko.

– Daj coś swojego – Poprosił Ed. Liz nie wiedziała, co by to mogło być. Zagrała coś, co wpadło jej akurat do głowy (?). Zaintonowała. Przez chwilę grała sama, dopiero po dłuższym czasie dołączył Matt, Jeff, a potem Stone. „Jakoś poszło" – Pomyślała Liz i wytarła pot z czoła.

– Nieźle nas przećwiczyłaś – pochwalił Ed – już zazdroszczę Jerzemu.

-, Co? Ja tak tylko… – Bąkała coś bez składu Liz

– Myślę, że się jeszcze spotkamy – Szepnął jej do ucha Stone

– Myślę, że tak – Liz spojrzała mu w oczy, a on się uśmiechnął – Dzięki.

Liz usiadła obok Jerzego. Policzki piekły ją niemiłosiernie. Nie wiedziała, czy od tego, że grała po raz pierwszy profesjonalnie, czy dlatego, że Stone miał takie przenikliwe oczy.

– Dałaś radę – pochwalił Jerry

– Dobra jesteś – dodała Beth

– Ja i oni, to nie możliwe – szepnęła Liz

Jerry kręcił się na krześle.

– Chodźmy coś zjeść – szepnęła Liz do Jerzego, – Bo oszaleję za chwilę

– OK. – odparł Jerry – zapraszam cię na obiad – dodał i wyszli.

 

 

-, Co zjesz? – Spytał Jerry, kiedy siedzieli już w restauracji

– Och! To trudne pytanie – Westchnęła Liz – Coś gotowanego, albo owoce – odparła. Okazało się, że nie było ani tego ani tego.

– Trudno będę głodna – Powiedziała Liz z uśmiechem. Kelner jednak chciał być uprzejmy i kazał im chwilę poczekać. Po chwili przyszedł rozpromieniony

– Szef zrobi sałatkę Hawajską za chwilę. Poza tym dziś jecie państwo na koszt firmy, to taki wielki dzień – rozpalił się kelner

-, Ale… – próbował protestować Jerry, ale na próżno. Liz nie zwracała uwagi na kelnera. Miała inne zmartwienia, choćby Stone Gossard.

Jerry zamówił stek z surówką i czekali oboje na posiłek.

– Znałaś Laina ? – Spytał Jerry

– Dobrze śpiewał – odparła Liz – Znam go z płyt

– Wiesz, co to jest? – Jerry podał Liz zeszyt. Wzięła go i otworzyła.

– Pamiętnik. O! Moje zdjęcie! – Ucieszyła się – Damree, to dom Damree. Chodziłyśmy razem do szkoły. – Wyjaśniła Liz i zrobiło się jej gorąco. Czuła, co powie Jerry i do czego zmierza.

-, Laine nie żyje, Damree także – Zaczął Jerry

– Co? Jak to? Damree. Boże

– Umarła na infekcję serca od dragów – Wyjaśnił Jerry

– Brała? – Szepnęła Liz. Jerry pokiwał głową

– Laine poszedł za nią. Po czterech latach dzieją się tu dziwne rzeczy – Dokończył Jerry, – Dlaczego zamieszkałaś u Veów? – Jerry był dociekliwy jak detektyw.

-, Bo na razie tak trzeba – Odparła Liz – Tak trzeba. – Dodała, – czemu mówi pan, że dzieją się tu dziwne rzeczy? – Spytała Liz

Jerry bawił się serwetką. Nie patrzył na Liz.

– Najpierw ty wygrałaś konkurs. Potem miałem dziwną wizytę w domu i dostałem ten pamiętnik. Coś się ze mną dzieje, widzę różne rzeczy, których do tej pory nie widziałem i… – urwał nagle Jerry i spojrzał na Liz -… Nigdy nie jadłem tutaj za darmo – Dodał. Liz patrzyła na niego oparłszy głowę na dłoni.

 

***

– Zaprosimy Liz na następną próbę? Spytał Stone Eda

– Ona przyjechała do Jerzego nie do nas, a szkoda – Odparł Ed

 

***

 

 

Kelner przyniósł posiłek i ukłonił się nisko. Jerry był pod wrażeniem, ale o nic więcej nie pytał. Jedli w milczeniu, dopiero po jakimś czasie Liz podkusiło, żeby zadać to bezsensowne pytanie

– Czy to prawda, że Stone się rozwodzi?

Jerry przestał jeść na chwilę i spojrzał na Liz

– Jego spytaj – Burknął.-"Jeszcze jedna fanka. To, dlatego mieszka u Vedów" – Pomyślał

– Przyjechałaś sprawdzić, czy jest gotowy na nowy związek? – Spytał. W odpowiedzi dostał przeszywające spojrzenie

– Nie musisz odpowiadać – dodał zaraz Jerry. Zoriętował się, że to było nie miłe z jego strony. Dokończyli posiłek w milczeniu

– Myślę, że pokaże mi pan LA w wolnych chwilach? – Spytała Liz, kiedy wyszli z lokalu

-, Jeśli takie będą. Stone jedzie w trasę po jutrze – dodał szybko.

Liz nie wiedziała, co powiedzieć. Patrzyła w okno.

– Beth będzie wiedzieć. Znają się z Laurą – próbował załagodzić sytuację Jerry

– Wysiądę tutaj – Powiedziała Liz, – O której macie próbę? – Spytała

– 18 Busta Buzz. Może przyjechać po ciebie? – Zaproponował nieśmiało Jerry

– Trafię. Dziękuję -Odparła Liz i próbowała się uśmiechnąć

– To ja dziękuję za obiad i…

– Do zobaczenia – Pożegnała się Liz i wysiadła.

Jerry jeździł bez sensu po mieście. Myślał ciągle, dlaczego ona go tak olewa. On tak się stara i co do licha znaczą te iskrzące struny?

-,Albo oszalałem, albo jestem na głodzie – mruknął Jerry i w tym momencie zauważył Liz jak wchodziła do kościoła Baptystów. Zatrzymał samochód przy ulicy i postanowił czekać. Wyjął pamiętnik i przejrzał kilka kartek:

„27 lipca 1983r.

Damree przyprowadziła dziś do domu Anioła. Wyśmiałem ją, a ona się wściekła. Pomyślałem, że się naćpała. Dziewczyna była ładna, to fakt. Miała na imię Liz i była normalna. Długo gadały w kuchni, a Damree się poryczała. Nic by nie było w tym dziwnego, ryczy regularnie, ale po wyjściu tej dziewczyny znalazłem małe białe piórko. Na sofie."

Jerry odłożył pamiętnik, bo zobaczył Liz, jak wychodzi z kościoła z księdzem. Potem poszli oboje po wiązankę i świece, a potem Liz poszła na cmentarz. Długo modliła się przy grobie Laina i Damree. Potem poszła do Centrum Handlowego. Jerry czekał cały czas, co się jeszcze wydarzy. Liz wyszła z Centrum z pakunkami. Jerry chciał wykorzystać chwilę i pomóc jej, ale nie wiadomo skąd, nagle pojawił się Stone.

 

– Dzień dobry – usłyszała za plecami Liz. To był Stone.

– Jak miło pana widzieć – Ucieszyła się Liz – Pomoże mi pan? – Spytała – To prezenty dla Kasie i Beth – wyjaśniła

– Aż tyle – Zdziwił się Stone

– Tak. Tutaj są hojni ludzie – Odparła Liz

– Proszę. Samochód mam tam – Zaproponował Stone i oboje poszli na parking

– Pewnie szedł pan na zakupy? – Domyśliła się Liz

– Możemy wrócić na chwilę. Chce tylko kupić coś na grzbiet. Obejrzałem dziś swoją garderobę i po prostu … szkoda gadać – Stone machnął ręką – Pomoże mi pani? – Spytał – Kobiety maja lepszy gust

– Nie ma pan dziewczyny? – Spytała Liz

– Gorzej, mam żonę – Stone próbował być zabawny. Liz nie pytała więcej. Może się pogodzili.- Rozwodzę się – Powiedział nagle – Za trzy miesiące mam pierwszą sprawę.

– przykro mi – Szepnęła Liz

– Niepotrzebnie – powiedział szybko – Ona mnie nie chce ani ja jej. Zanudzam panią – Spytał

– Ależ skąd. Pomogę panu – to zapewnienie zabrzmiało jak deklaracja – Mówię o ubraniu – dodała szybko – Chodźmy.

W sklepie Stona przyjęto jak prawdziwą gwiazdę. Oprócz pary spodni i dwóch koszul, na które dostał upust, dostał garnitur od Armatniego za połowę ceny wodę za darmo i bajerancie buty z licowej skóry. Zupełnie skołowany i oszołomiony wychodził za Liz ze sklepu. Ona nie mogła się otrząsnać po tym co zobaczyła. Stone miał piękne ciało. Widziała go w szparze między kabiną, ą kotarą. Dostała dziwnych dreszczy, z których wyrwał jądopiero głos sprawcy.

-, Co to było? Kupuję tu od lat i nigdy nie dostałem garnituru za połowę ceny. Woda za free, buty za free. Dobry Boże – Jęczał Stone

– Dobry, dobry – Mruknęła Liz

– Co? –

– Nic, jedźmy. Mam próbę o 18tej.

– Właściwie to, dlaczego mówimy do siebie na pani i pan? Żachnął się, Stone.- Mówmy sobie po imieniu

– Zgoda – Odparła Liz i spojrzała mu głęboko w oczy. Były piękne, ogromne, brązowe i pełne bólu i tęsknoty. Stone też patrzył w oczy Liz i odnalazł w nich tyle ciepła i życzliwości. Przez chwilę chciał ją pocałować. Miała w sobie jakiś magnes, jakąś siłę…

Wsiedli do samochodu.

– Muszę jechać. Mam próbę

Stone ruszył. Pod domem Vedów zatrzymał na chwilę Liz.

– Poczekaj! – Poprosił – Ja…, czy moglibyśmy jeszcze kiedyś porozmawiać? – Spytał

– Jutro i po jutrze o tej samej porze. Wybierz miejsce – Wypaliła Liz

-, Ale masz tempo – westchnął Stone

– Za dwa dni macie trasę, a jest do pogadania. No nie? Nic o mnie nie wiesz.

– Dobrze. Może u mnie w domu. Wiesz nie żebym…, muszę trochę pograć

– Super! Przyniosę coś do jedzenia – zaproponowała Liz

– Wiesz gdzie mieszkam? – Spytał

– Przyjedź – Poprosiła i wysiadła z samochodu, a potem ruszyła w stronę domu

 

 

-,A buziak? – Jęknął Jerry, który śledził Liz od Centrum, aż do domu. – Co ja robię – westchnął i schował twarz w dłonie – Ona umawia się ze Stonem?

– Już pan przyjechał? – Usłyszał nagle Jerry i spojrzał w okno. Liz uśmiechała się pięknie – Miałam pojechać sama – to miło z pana strony. Jestem gotowa.

– Proszę – ocknął się Jerry.- Wpadnę tylko po jedną rzecz, właśnie mi się przypomniało – zełgał jak pies.

– Dobrze, poczekam – odparła Liz – Piękny dziś dzionek – Zagaiła Liz

– Można się zapomnieć w taki dzionek – Wypalił Jerry

– Owszem, tu jest cudownie – odparła Liz i po chwili smacznie spała

  • Zapomniała się – Mruknął Jerry i podjechał na podjazd.

     

Liz obudziła się na plaży. Rozejrzała się. W jej stronę szedł Laine i starszy jegomość.

– Jak ci się podoba LA? – Spytał Laine

– Może być – Odparła Liz – Umówiłam się z żonatym facetem – burknęła

– Inaczej mu nie pomożesz- zauważył starszy pan – tak trzeba – dodał – Tylko musisz się pilnować. On jest silniejszy od ciebie i mieszka w tym mieście… – mówił stary a Liz wcale go nie słuchała.

-, Co jest z tymi piórami? Jest też jakiś pamiętnik? – Dopytywała się Liz

– Pióra są dla mądrych. Docenią cię – wyjaśnił stary

– Pamiętnik jest po to, żeby wiedzieli, czyje to pióra – dodał Laine

 

Jerry westchnął i poszedł w stronę domu. Nie wiedział, co robić najpierw. Był spocony, głodny i zły jak rozwścieczony niedźwiedź. Z tej wściekłości umył się raz dwa, połknął bigla z serem, zabrał, co trzeba i ruszył

do samochodu. Liz spała ciągle. Uśmiechała się przez sen. Jerry patrzył przez chwilę jak spała. Miała taką promienną twarz, tyle światła biło od niej. Jerry uruchomił silnik i ruszył. Jechał wolno, żal mu było budzić Liz. Tak smacznie spała

 

Laine przytulił Liz mocno.

– Dasz rade – Pocieszył

– Ile mam czasu? – Spytała i obudziła się. Jerry delikatnie tarmosił jej ramię

– Pięć minut – Odparł Jerry

– Mało, Bardzo mało – Stęknęła Liz i wysiadła z wozu. Jerry schylił się do schowka, żeby położyć tam pamiętnik i zobaczył małe, białe, puchate piórko.

– Jak pragnę zakwitnąć! Piórko! – Ucieszył się Jerry i schował je do kieszeni, a potem poszedł do Sali prób. Kiedy tam wszedł zobaczył jak Shon czepiał się Liz, że tu weszła?

– To jest Liz Benet. To ona napisała dla nas płytę. Stul ryj Shon i do roboty – Warknął Jerry. Liz aż zadrżała. Jerry zauważył jej konsternację

– Przepraszam panią, ale z nim tak trzeba. Zapraszam na scenę – Jerry wyciągnął dłoń – No, śmiało, pogramy

– Dobry Boże! Ty masz cierpliwość. Daj jej trochę mnie – Powiedziała cicho Liz

– Z kobietą jeszcze nie grałem – Powiedział Shon

– Mam nadzieję, że tak zostanie – Westchnęła Liz i wzięła gitarę – To po kolei panowie – Powiedziała. Jerry rozdał kartki muzykom. Liz dotknęła gitary i wydobyła z niej taki dźwięk, że Jerry stanął na chwilę, żeby ochłonąć. Spróbował na swojej. Udało się. Liz Trąciła struny jeszcze dwa razy, potarła nos i podniosła dłoń, na znak, że mogą zaczynać. Zaczęli grać. Pierwsze dwa kawałki były rewelacyjne. Will rozglądał się, jeszcze nigdy nie grało mu się tak dobrze z nowym materiałem. Shon także nie mógł uwierzyć w swoje możliwości i założył słuchawki. Jerry aż kręcił głową, palce same chodziły mu po gryfie. 12 Kawałków bez poprawek, za pierwszym razem, bez piwa.

– Jerry? Kiedy to zgramy? – Spytał Miki- basista. Liz siedziała oparta o piec. Była wykończona, ocierała pot chusteczką.

-, Kiedy chcecie. – Odparł, Jerry – Jak nam tak dobrze idzie, to zagramy jeszcze jutro i po jutrze możemy wchodzić do studio.

– Dobra – Zgodził się Shon, – Kto to jest? – Spytał cicho – to jakieś czary – Dodał. Jerry spojrzał na Shona uważnie.

– Zagrajmy bisy – Poprosił

– Jeszcze godzinka – Westchnęła Liz, wstała i zaczęli od nowa. Tak jak przedtem, żadnych uwag, żadnych zastrzeżeń. Czysta perfekcja.

– To, co? Do jutra panowie. O tej samej porze – zaproponował Jerry i rozejrzał się za Liz.

– Gdzie jest Liz? – Spytał. Pozostali wzruszyli ramionami. Jerry usiadł przy piecu i schował twarz w dłonie.

– Za długo grała. Ma nas dość. Poszła sobie – mamrotał Jerry.

– Ktoś u nas ma skrzydła? – Spytał Will – Mam dowody – Schylił się i podniósł trzy piórka z podłogi – Przyznać się, który lata – zażartował

– Dziś to chyba wszyscy lataliśmy – Odparł Shon. Gdzieś na zapleczu słuchać było jak ktoś otwiera jakieś drzwi, a po chwili na salę wbiegła niemal Liz.

  • Myślałam, że mnie zostawiliście – Odetchnęła z ulgą. Jerry zerwał się z podłogi. Nie wierzył w to, że ona tu jeszcze jest.

  • Gdzie byłaś? – spytał Jerry. Liz spojrzała po wszystkich i szukała słów.

  • Byłam… ten…odciąc linę – odparła enigmatycznie

  • Eee…co zrobić? – nie rozumiał Jerry

  • Ee – odparła Liz cicho. Basista parsknął, a Shon stał z otwartymi ustami.

– No to możemy jechać – Powiedział radośnie Jerry i zebrał swoje zabawki

-Jutro o tej samej porze? – Spytała Liz

– Tak – odparł Jerry – odwiozę panią już późno. Pożegnali się przed klubem i Jerry otworzył drzwi od samochodu

– Zmęczona? – Spytał

– Nie. Wszystko gra – Odparła Liz.

– Głodna? – Pytał dalej Jerry

– Jak wilk –

– No to jedziemy na kolację. – Jerry przyjrzał się Liz raz jeszcze – Opowiesz mi, skąd w moim samochodzie wzięło się to? – Jerry wyjął z kieszeni białe piórko. Liz westchnęła ciężko.

– Może jakiś ptak je zostawił- wyjaśniła

– Na Sali były takie trzy. U Lainea na sofie też. Co tu jest grane? – Spytał

– Jedźmy – Poprosiła Liz. Sprawy zaszły za daleko i trzeba było coś z tym zrobić. Tylko, co? Jeśli powie prawdę, to Jerry ją wyśmieje – na pewno!

Tym razem pojechali do restauracji wegetariańskiej. Liz dostała swoje gotowane mięso i świeże owoce.

-, Jeśli powiem panu, że to, co się tu dzieje to nie przypadek, ale nic więcej na razie nie mogę powiedzieć, to wystarczy? – Spytała. Jerry uśmiechnął się zalotnie – Wszystko powiem panu po jutrze – Dodała. Nie bardzo wiedziała wprawdzie, co mu powie, ale dała sobie trochę czasu.

– Dobrze. – Zgodził się Jerry – Po jutrze wchodzimy do studio – dodał

-, O której? – Spytała Liz

– Od rana

– Potrzebuje 4 godziny: od 10tej do 14tej

– OK. Dasz się zaprosić na spacer brzegiem morza? – Spytał nieśmiało Jerry – O 22giej będziesz w domu obiecuję – zaklinał się Jerry

– Jak romantycznie – zamyśliła się Liz – Mogę mówić panu po imieniu? – Spytała.

– Liczę na to – Odparł.

Dom Jerry`ego był piękny, wyniosły, bogaty. Liz aż zakręciło się w głowie. Poszli od razu nad morze. Po drodze Jerry ściął najpiękniejsza róże ze swojego ogrodu i niosąc ją za sobą poszedł z nią za Liz.

-, Jaki piękny zachód słońca – zauważyła Liz i wzięła garść piasku – Jaki miękki, ciepły – Liz bawiła się jak małe dziecko.

– Domyślam się, że wiesz o mnie sporo. Opowiedz coś o sobie? – Poprosił, Jerry

Liz wahała się. Co mu powie? Jemu? Cóż było robić, musi wiedzieć.

– Pochodzę z małego miasta koło Portland. Nie jestem nikim ważnym, ani żadną gwiazdą. Nie mam majątku, ani takiego domu.Taki sobie nikt.

– Nie grałaś w jakimś zespole? – Spytał Jerry

– Nie. Przez przypadek dotarłam tam, gdzie nikt nie dociera i jest jak jest. Miałam kilka akcji w życiu. Ocierałam się o pewne rzeczy. Nie wiem, czemu mnie to spotyka.

-, Co? – Spytał, Jerry

– Mam zadanie do wykonania. Opowiem Jak skończę. OK.?- Spytała – Jestem tu z powodu Stona i dla niego – dodała Liz. Jerry posmutniał i wyciągnął zza pleców swoją różę.

– To dla mnie? Dzięki. Jest piękna. Muszę jechać. Dzięki Jerry, jesteś dla mnie taki dobry

– Zawsze do usług – ukłonił się nisko, a potem odwiózł Liz do domu. -Jesteśmy. Miłych snów Liz – powiedział cicho, a Liz cmoknęła go w policzek

– Dobranoc Jerry – Odparła Liz.

Jerry czul się dziwnie. Był przekonany, że za każdym razem, kiedy się rozstają to tak jakby na zawsze.

-, Co ona kombinuje? – Zastanawiał się. Właściwie nie dowiedział się niczego. Domyślał się więcej. No, ale skoro obiecała, to chyba powie.

 

 

– Laine! Hej Laine! – Krzyknęła Liz

-Co tam Aniołku?- Zainteresował się

– Nie skończyliśmy rozmowy – Przypomniała Liz

Laine zamyślił się. Patrzył na Liz i uśmiechał się.

– Jerry jest zazdrosny? – Spytał

– Jest bardzo dobrym człowiekiem. Na pewno nie jest zazdrosny. Pomaga mi.

– Nie pyta o nic?

– Każdy pyta – Wyjaśniła.

– Mogłabyś mnie pokochać? – Spytał nagle Laine

– Kocham cię Laine – zdziwiła się Liz.

– Dzięki wielkie. Musze spadać.

 

 

Budzik bębnił jak oszalały. Liz zerwała się z łóżka, przetarła oczy i poszukała swojego dresu. Ubrała go i zeszła do salonu. Beth już czekała na nią ze szklanką soku

– Gdzie kupiłaś te perfumy? – Spytała Beth

– W Centrum Handlowym na 24

– Też powinnaś sobie kupić – zaproponowała Beth

– Pomyślę – odparła Liz.

Obie panie wyszły z domu i skierowały się w stronę parku. Beth ciągle o coś pytała: a to, co Liz robi dziś, jutro, jakie ma plany.

– Plany? Na razie nagrywamy płytę

– Już? – Zdziwiła się Beth

– Dobrze nam idzie – Odparła Liz.

– Chcemy z Edem jechać na wakacje. Barbados albo Europa i nie wiem – Dyszała Beth

– Casie zostaje? – Spytała Liz

– Nie jedzie z nami

– To zabierz ją do brata do Yowa – zaproponowała Liz

– Na wieś cudownie! – Ucieszyła się Beth.

Zrobiły jeszcze kółko po parku i zziajane wróciły do domu. Po królewskim śniadaniu, które zrobił Ed, Liz poszła z Casie malować do jej pokoju, a jakoś zaraz potem przyjechał Stone.

– Liz! Stone przyjechał! – Wołała, Beth

-Liz umówiła się z Casie na następny seans malowania i wyszła z pokoju. Stone siedział w salonie. Był wystrojony i pachnący. Zerwał się na równe nogi kiedy zobaczył Liz.

– Cześć Stone! Musze się umyć. Jestem cała w farbach. Za chwilę będę – zapewniła

– Nigdzie się nie wybieram – Odparł Stone – Będę czekał – dodał. Liz uśmiechnęła się.

– Masz dla mnie gitarę? – Spytała, gdy wychodzili

– Jasne! Najlepszą. Damy czadu – Rozpalił się Stone. – Jak wyglądam? – Spytał

– Jakbyś zszedł z wybiegu, a pachniesz jak Apollo o poranku. Testosteron i zioła o rosie – Opisała dokładnie Liz

– Apollo o poranku? Czujesz testosteron?

– Widzę go – odparła Liz

– E, tam – machnął ręką Stone i otworzył drzwi do samochodu.

– Twój chłopak nie jest zły, że tu jesteś? – Spytał. Liz bawiła się pierścionkiem. Na palcu. – Nie masz chłopaka – Odpowiedział sobie Stone – Jak to możliwe?

– Kupię sobie kota – Próbowała żartować Liz.

– Kot lepszy od chłopaka?

-Chłopaki odchodzą z długonogimi blondynkami – odparła Liz – Nie lubią, gdy kobieta jest zbyt mądra. Mądrale są samotne.

– ,Ale czasem potrzebne – bardzo pociągnął rozmowę Stone, patrząc na Liz.

– Patrz na drogę, co? – Poprosiła.

Dom Stona był pełen roślin. Piękny kwiatowy ogród za domem i oranżeria wewnątrz. Cudo!

– Pierwszy raz spotykam faceta, który tak kocha rośliny. Sam to robiłeś?

– Jasne. Mam pomocników, jak wyjeżdżam, ale lubię to – powiedział – Chodź do kuchni, zrobię kawy i mam chyba jeszcze jakieś łakocie. Opowiadaj osobie. Gdzie grałaś i skąd się tu wzięłaś?

– Przyjechałam z okolic Portland. Po prostu wygrałam konkurs – Odparła Liz

– Gdzie się uczyłaś grać?

– Na ulicy. Czasem trzeba było coś jeść – Liz po woli odkrywała karty

– Masz wielki talent. Nie możesz go zmarnować

– Talent, Leczyłam się na depresje. Poddano mnie hipnozie tak to się zaczęło

– Hipnoza, mówisz. Czytałem o tym. Podświadomość te rzeczy – Stone podał Liz kawę i ciasto, – Co robiłaś w Portland? – Pytał dalej Stone

– Byłam księgową. – Odpowiedziała

– Dobry zawód – zauważył Stone

– Próbuje tez autohipnozy. To lepsze. Pracujesz sam i wszystko, czego chcesz, przychodzi do ciebie – samo – Wyjaśniła Liz. Stone przestał jeść.

– To proste. Na wszystko działa?

– Na wszystko- odparła Liz

– Zagrajmy, a potem znów pogadamy

– OK. – zgodziła się Liz

Stone przyniósł dwie gitary

– To twoja? Mogę – poprosiła. Wzięła gitarę i dotknęła strun – Doskonała – szepnęła i oddała ją Stonowi. Wzięła swoją i uśmiechnęła się do niej

– Do bluesa – powiedziała i zaczęła od razu grać. Stone wszedł chwilę potem, a Liz zaczęła śpiewać, takiego bluesa o samotności w podrzędnym hotelu

– Coś fantastycznego – zachwycał się Stone

– Podobało się?

  • Jesteś piękna.Moglibyśmy zrobić coś razem – zaproponował

    i spojrzał na Liz, a potem nachylił się i pocałował głęboko i namietnie.

  • Nie mogę Stone – jęknęła Liz

  • Dlaczego? Pomożesz mi i ja tobie pomogę – zadeklarował się

– Spotkaj się z żoną, powiedz jej, że ją kochasz. Kobiecie trzeba mówić o uczuciach, zawsze, a wtedy ona to zrozumie. Wybaczcie sobie, weźcie się za ręce i będzie dobrze. Zobaczysz – zapewniała Liz nie wierząc w to co mówi.

– Mogę ci powiedzieć, że cię kocham? – Spytał nagle. Liz zrobiło się gorąco. Nie wiedziała, co powiedzieć. Tego nie przewidziała.

– Jestem kobietą – Wybrnęła

  • I pozwolisz pocałować się jeszcze raz? – Pytał dalej ,ale nie czekał na pozwolenie i zaraz potem całowali się znowu. Ręce Stona błądziły po ciele Liz. Czuła, że jest pod jego kontrolą. Nie broniła się kiedy jego palec wszedł w nią i robił to co być może zrobiłaby inna cześć jego ciała. W pewnej chwili Stone przerwał zabawę i siedział osłupiały przez chwilę. Potem spojrzał na swoje spodnie. Były mokre w kroku

  • Co się stało? – spytała Liz

  • Cos niewiarygodnego – odparł cicho – ja nigdy przedtem…proszę cię zostań! – krzyknął za Liz ale ona uciekła zostawiając majtki i ślady na palcach Stona, który położył się i wąchał rekę jakby chciał cofnać czas.

 

 

Laine biegł szybko w stronę Liz. Złapał ją za ramiona i przytulił mocno.

– Laine, co się stało? – Zlękła się Liz

– Nie idź jutro do Stona – Poprosił

– Jak to?

– Nie możesz do niego iść. Musisz odpuścić. Już zrobiłaś swoje. Daj spokój.

– ,Ale obiecałam. Co mam robić?

– Najlepiej… – zaczął Laine, ale zamiast odpowiedzi Lanea Liz usłyszała głos Beth

– Lizee! Jest 5.30! Wstawaj! Jerry przyjechał!

Liz zerwała się z łóżka. Ubrała się w to, co miała na krześle. Złapała torbę, zgarnęła ze stolika kuchni kawałek sera i wybieg la z domu.

W samochodzie nie mogła opanować drżenia rąk. Wszystko leciało jej po prostu przez palce. W końcu bezsilna opadła na siedzenie i próbowała się uspokoić. Nie miała wiele czasu. Musiała pomyśleć o nagraniu i o tym jak wykręcić się od spotkania ze Stonem.. Nagle wyrosła przed nią góra nie do przebycia.

– Zimno ci – Spytał Jerry. Liz drgnęła wyrwana z ponurych myśli

– Co? Nie, zaspałam i trochę mnie telepie. Zaraz będzie dobrze – odparła, ale te słowa wcale jej nie pomogły. Jerry, co chwila spoglądał na nią, jak próbowała opanować drżenie rąk.

 

W studio panowała atmosfera podniecenia, co również nie pomagało Liz uspokoić się. Liz postanowiła od razu nagrać swoje partie i potem dopiero pomyśleć. Weszła na podest, wzięła gitarę, nałożyła słuchawki i wzięła głęboki wdech.

– Pomóż mi, proszę – szepnęła i zaczęła grać. Jerry spojrzał jak Liz grała i po prostu zachwycał oczy. Nagle struny rozbłysły wszystkimi kolorami, a dookoła Liz unosiły się srebrne iskierki. Tańczyły wokół jej głowy tworząc krąg. Struny rozbłyskały coraz to nową iluminacją kolorowych kompozycji: biało -błękitnych, czerwono – fioletowych, albo różowo – zielonych. Jerry siedział, patrzył i nie mrugał oczami

-,Ale bajer – szeptał – Wow – dodawał. Kiedy Liz grała swoje partie solowe dodatkowo przy podciągach, spod palców rozwijały się wstążeczki różnobarwnych kompozycji(?). Zwijały się w różne kształty i rozpływały się dookoła. Najlepsza była końcówka. Eksplozja fajerwerków, układająca się promieniście w gwiazdy, albo słońca. Po skończeniu swojej roboty Liz czekała na słowa krytyki, ale szef studia poprosił od razu Jerry`ego. Jerry ockną ł się ze swojego pięknego snu i poczłapał na podest. Liz usiadła przy konsoli. Była jakby poza sobą. Patrzyła gdzieś daleko. Potem po prostu wstała i wyszła. Złapała taxi i kazała się wieść pod dom Stona. Wybiegła z samochodu i nacisnęła guzik przy bramie. Brama otworzyła się, Liz wbiegła na dziedziniec, a potem po schodach do domu. Stone czekał na nią. Był tylko w szlafroku. Przez chwilę patrzyli na siebie, a potem już nic nie rzadziło. Zanim dobrnęli do sypialni poznali oboje smak swoich narzadów i kochali się dwa razy.

  • Zostawiłas mnie wczoraj – żalił się Stone

  • Nie mogłam zostać. Wybacz – odparła wijąc się pod jego ciałem

  • Zostaniesz na noc? – spytał szeptem – mam rózne zabawki i znam niezłe sztuczki – dodał z rubasznym uśmiechem

  • Zostanę – obiecała i zaczęli wszystko od nowa. Stone przywiązał jej rece do łóżka i zablokował nogi. Potem wziął pejczyk i jakieś sztuczne dziwaczne narządy i wpychał Liz we wszystkie otwory. Nie broniła się. Jęczała najpierw cicho, a potem coraz głośniej i głośniej. Stone złapał ją w pewnej chwili za szyję, ścisnął. Zobaczył jej przerażoną twarz zanim zamilkła i opadła na jedwabną pościel bez życia.

 

 

Leżała bezwładnie na plaży. Nie mogła się poruszyć. Wodziła tylko oczami.

  • Mówiłem ci żebys nie szła – usłyszała głos Laina – Mówiłem, a teraz nie będę ci mógł pomóc. Ani ja ani Rafael – powiedział

  • Co teraz będzie? – spytała cicho

  • na pewno nie będziesz ze Stonem. On wróci do żony, a ty…nie wiem. To ostatnie nasze spotkanie. Więcej nie będę ci pomagał. Radź sobie sama i obudź się!

Stone szarpał Liz i okładał ją rękami

  • Obudź się! Kurwa! Obudź! – darł się jak oszalały. Liz poruszyła się. Otworzyła oczy i popatrzyła na nagiego faceta, który przytulał ją do siebie i głaskał

  • Co robisz! – krzyknęła – kim jesteś? Gdzieja jestem? – spytała. Stone rozwiązał pęta więżące ręce Liz i patrzył jak w pośpiechu się ubierała szlochajac cicho. Potem zgarneła torbę i wybiegła z jego domu. Stone opadł ciężko na łóżko. Przed jego oczami lezało piórko. Małe puchate białe piórko.

 

 

Nie byłam zadowolona z tego pisania. Pewnie zmienię to jeszcze nie wiem ile razy. Zamknęłam notebook, bo w holu usłyszałam głos Alice:

  • Hej Mimi! Przyniosłam ci te książki, o które prosiłas – poinformowała

  • Byłaś u lekarza? Dałaś mu wynik rezonansu? – zarzuciłam ją pytaniami

  • Tak. Obiecał przyjść dziś o osiemnastej. Z pielęgniarką. A to co? Piszesz pamiętniki? – spytała pokazując na notebooka

  • Testament – odparłam sennie. Naprawdę chciało mi się spać

  • Widziałam Jurego – zaczęła Alice

  • Ta!

  • No, wygląda jak lump i śmierdzi jak małpa – odparła niby żartem. Chciałabym żeby wygladał jak Stone z mojego bazgrolenia. Piękny , pachnacy i taki do lizania, ssania…. Mógłby mnie nawet udusić. Jezu! Z tym duszeniem to podobno jakaś moda jest. Dzieciaki się podduszają, brat siostrę i vice versa, kochankowie. Podobno niezły odlot jest od tego, pod warunkiem, że delikwent potem się ocknie … sam albo przy pomocy innych osób

  • Ej! słuchasz mnie? – przypomniała się Alice

  • No tak połowicznie ale mów – odparłam

  • Marti pytał o ciebie i pozdrawia – zaczęła

  • No …dobra

  • Jego panience trochę… – Alice zakreciła kółko na swoim czole – podobno wstąpiła do klasztoru

  • Jakiego klasztoru? – ożywiłam się

  • Takiego z regułą czy coś takiego. Nie wychodzą, mało jedzą i nie rozmawiają. Tak jej się zrobiło po tym jak Marti zaczął dilować i podstawiał ją różnym. Wiesz

  • Nic nie mówią?

  • Poza tym, i teraz będzie najlepsze. Breezee chce być świętą – Alice wybuchnęła perlistym śmiechem. Mnie nie było do śmiechu, zwłaszcza, że opowiadanie o Lukrecjii Timbali było dedykowane własnie Breezee

  • Lukrecja – szeptnęłam

  • Jaka Lukrecja? – spytała Alice

  • Taka jedna heretyczka. Zabiła ją Inkwizycja i wyrwali jej język. Nigdy nie była świętą…Właściwie …nigdy jej nie było – dokończyłam cicho

  • Dobrze się czujesz? – spytała Alice

  • Tak – odparłam, ale wcale nie czułam się dobrze. Breezee narobiła mi kiedyś wstydu w klubie „Butonierka". Poszliśmy tam z całą wiarą bo były Juwenalia. Było wesoło dopuki nie zjawiło się jakieś bląd maleństwo i zaczęło mówić coś o chłopaku, którego niby ja mialam …no…czy on mnie…nie ważne. Poleciały takie epitety, że kurwa to był najłagodniejszy. Poza tym dowiedziałam się jak naprawdę ma na imię moja matka i co robiło z nia stado byków. To akurat mogło się zgadzać no ale ja? Wyrżnęłam gówniarę w pysk i przycisnęłam do ściany

  • Dowiem się kim jest ten twój samiec, o którego tak walczysz? – spytałam zaciskając pętlę jej bluzki na jej szyi

  • Marti Conor – wycharczała. Puściłam ją wolno

  • Możesz być spokojna o niego. Nawet na wózku inwalidzkim opierałabym się jego wdziękom – poinformowałam, ale mnie podkusiło i napisałam te bzdety i teraz mam wyrzuty

  • A wiesz, że Liz kręciła się koło Jurego po twoim wypadku? – ciągnęła Alice

  • Z nią też coś nie teges? – spytałam

  • Własciwie to nikt nie wie co jej jest. Ma dość oryginalną przypadłość, albo pasję. Nie wiem. Zbiera ptasie pióra. Najlepiej jak są białe i rozdaje je znajomym – Alice opowiadała z przejęciem, a ja patrzyłam czy z nią czasem jest wszystko dobrze.

  • Ptasie pióra?

  • Przestała ćpać, nie imprezuje więc się nie łajdaczy. Ostatnio miała jakiegoś przystojniaka. Mówię ci jak go zobaczyłam – Alice uniosła ramiona do góry – Apollo. Szatyn, krótkie włosy, okulary i boskie ciało – rozpływała się moja koleżanka

  • Jak miał na imię? – spytałam zbyt ochoczo, bo Alice spojrzała podejrzliwie

  • Na imię? Tak jakoś dzwnie, chyba Stone – odparła, amnie krew odpłynęła z głowy. Znowu kurwa się zgadzało! Wszystko! Te holerne pióra! Ten holerny Stone! Pewno ją dusił i ją pojebało!

 

 

 


Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*