Sobota

Jutro przyjeżdża Kasia. Znowu przegadamy pewnie całą noc. Lubię kiedy opowiada o swoich egzaminach, albo ma dla mnie nową książkę. Wiem, że jest córunią tatusia. Jego oczkiem w głowie ale jest doskonałą kompilacją jego filozofii zaściankowej i mojego buntu. Kiedy po raz pierwszy wyjeżdżała z domu do internatu o mało się nie poryczałam. Wiedziałam jednak, że  jeśli jej nie pozwolę spróbować to skończy tak jak ja. Na długie lata pozbawiona osobowości i żyjąca życiem innych. Weekend zapowiada się nieźle. mamy zaplanowane spotkanie z Angelą, której chłopak podobno mnie zna i koniecznie chce sie spotkać. Ja chyba go nie pamietam, ani imę mi nic nie mówi ani opis: wysoki, hudy, długie czarne włosy. Może gdyby był blądynem to bym zapamietała. no ale zobaczymy. Gorąco będzie dopiero za tydzień. Nie wiem jeszcze czy Kasia pojedzie ze mną na spotkanie autorskie Łukasza Gołębieskiego (pozdrowienia dla autora moich ostatnich lektur) na squot. Jesli nie, to pojadę sama.

Pamiętam jak kilka lat wstecz jechałyśmy do Katowic na koncert Alisów. Boże! wszystko było takie nowe, takie pierwsze. pełna konspiracja. Stary był daleko. Moi starzy wiedzieli, że jedziemy do mojej koleżanki. Tak na wszelki wypadek. Miłosz miał opiekować sie kotem żeby nie napaskudził. Obiecał i kazał jechac. Uwielbiam jeździć pociagami. Pociągami do Katowic. Pociągami do Katowic na koncerty. Miałam taka chrypę, że porozumiewałam się z Kasią prawie na migi. Odśpiewałam z Alisami całą ich płytę "Dirt" oczywiście spod sceny. Wzruszyłam się do łez kiedy miałam Cantrella na wyciągnięcie ręki. Razem z nami kilka tysięcy gardeł śpiewało "down in a hole". "Ruster" nie jest kawałkiem do śpiewania na koncertach przez publiczność ale daliśmy radę. Kasia też była wzruszona. wprawdzie, jak mówiła, kilka kawałków odspiewała na karpia (ambitne dziecko), ale kto to widział? Następnego lata zameldowałyśmy się w Chorzowie na Pearl Jam. Ludzi było jak mrówek. Kasia zgłodniała i postanowiła iść się posilić bo przygotowania do koncertu ciągnęły się w nieskończoność. Zostałam sama po środku ludzkiego oceanu i przyznam się, że przez chwilę nie było mi wesoło. Kasia oświadczyła jeszcze, że jakby co to czeka przy karetkach pogotowia bo najprędzej tam wyląduję jak ten tłum ruszy. Mnie zaschło w gardle ze strachu ale zostałam. Wyszedł Edie Veder i powalił wszystkich swoją Polszczyzną czytaną z kartki. To znaczy "poleciał Benedyktem". Zahipnotyzował wszystkich. Śpiewaliśmy wszyscy, kołysząc się jak w "Weselu" Wyspiańskiego, ożywiając sie na chwilę gdy kończył sie kawałek. Na koniec Edie śpiewał "Black". Jest w tym kawałku taka vocaliza śpiewana bardzo wysoko przez Ammenta i Gossarda. Tamtego dnia mieli wolne od vocalizy. Cały stadion piał w rytm a Edie przeżywał. Ja się poryczałam.

Kocham koncerty i ich atmosferę.

Dwa razy byłyśmy w Szczytnie na Hunterfeście. To taki festiwal kapel różnego kalibru. Szczytno to mała miescina i z naszej "wsi" miałyśmy tam dotrzeć pociagiem w ciągu ośmiu godzin. To chyba pieszo byłoby krócej. Postanowiłyśmy poprosić mojego ojca żeby nas zawiózł. Tamtego lata Hunterfest był jednodniowy i miał zakończyć się około drugiej w nocy. musiałyśmy ojcu zapewnić kilka godzin snu bo starszy człowiek to potrzebuje odpoczynku. Poszłyśmy i zreferowałyśmy całą sprawę. Moja matka oczywiście była na NIE. Ojcu zapłonęły oczy. To stary kierowca i lubi sobie pojeździć. Poczuł czaczę i zaczął trzymac naszą stronę. Poza tym łóżko w schronisku zrobiło swoje i matka została przegłosowana. Podczas gdy my bawiłyśmy sie na koncertach ojciec zwiedził sobie Szczytno (pewnie wypił piwo bo uwielbia piwo kiedy matka nie widzi. Taka mała zdrada), a potem , jak mówił podobały mu sie te miarowe uderzenia w bębny. Chodziło pewnie o próby perkusji przed każdym koncertem, które nas doprowadzały do szału. Dziwne upodobanie ale najważniejsze, że sie podobało. Następnego lata ojciec sam spytał czy nie jedziemy. Jedziemy! krzyknęłyśmy zgodnie. Tym razem na trzy dni. Sciemniłyśmy organizatorowi, że robimy projekt fotograficzny na ASP i załatwiłyśmy sobie wejściówki za kulisy. Nie mogłyśmy odpuścić BEHEMOTHA, DEZERTERA, HUNTERA. Do dziś mam fotkę z basistą BEHEMOTHA i z całym BEHEMOTHEM. Jak wróciłam od razu pokazałam te fotki Siulkowi, genialnemu gitarzyście  , który przez jakiś czas lubił ich posłuchać i twierdził, że jesli zbliżę się do nich to dotknę diabła. Obejrzał fotki i popatrzył na mnie. Pewnie myślał, że zobaczy rogi albo kopyta. Potem stwierdzi, że to bajki i westchnął. Zburzyłam jego świat pełen demonów, diabłów i innych stworów. Któregoś dnia słonecznego , kiedy mozolnie uczył mnie akordów gitarowych (bardzo cierpliwy chłopiec), przyznał sie, że święcie wierzył iż wresling to prawdziwe walki i , że oni tam na ringu łamią sobie kręgosłupy. No co ! Ja też kiedyś wierzyłam w Świętego Mikołaja.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*