| Miesiąc szczerości | 2010-05-26 | 09:30:44 |
Musze wyjechać na trochę. Pocięłam się z matką, na zajęciach, za szczerość zostałam oskarżona o podłożenie nie swojej własności do cudzej torby i o psucie opinii. Nikt w to nie uwierzył i ja sama mam to gdzieś, bo sumienie mam czyste. Niektórzy nie lubią prawdy o sobie ale sytuacja była nie do zniesienia.
Czarny maj. Może chociaż czerwiec bedzie trochę lepszy. Mam nadzieję. Na pocieszenie, udało mi się załatwić salę prób dla Kędziora i dziś właśnie idzie ustalać grafik. Muszę wyjść z domu. Musze zacząć załatwiać akredytacje, bo mnie zlinczują w PTFie. Jutro przychodzi Rycerz na sesję. Nie umiem się cieszyć, ale będzie dobrze, przyniesie oręż to załatwi się jedną osobę.
KRWI! KRWI!
skomentuj | (0)
| Maj | 2010-05-21 | 12:02:47 |
Majowe randki są strasznie krótkie. Przynajmniej moje. Wczoraj wyciągnął mnie na Tumy. Przy okazji zrobiłam zakupy. Przeważnie rozmawialismy o teatrze i planach fotograficznych. Inspiracja z obu stron, omawianie scenariuszy. Było też trochę o sexie(!!!!!!!!!!!), trochę psychologii...
Nie powinnam o tym pisać...nie powinnam..., ale to są urocze spotkania i warto je zapamiętać, pielęgnowac, kolekcjonować ... Jest ciepło nareszcie i ptaszki śpiewają.
Uroczo naprawdę...
skomentuj | (0)
| Majowe rosterki | 2010-05-13 | 07:14:17 |
Wbrew pozorom wcale nie sercowe. Zaczynają się imprezy w naszym "miescie". Jest troche biegania za wejściówkami. Normalnie to jest biuro prasowe. Idzie sie do takiego biura, pokazuje dokument i listę, a potem wypełnia formularze albo nie. U nas jest inaczej. Niby jest kierownik biura koncertowego, który nie może nic. Może jakas sekretarka albo sam dyrektor albo nikt nic nie wie, a pani na portierni wie. Tak to sie przedstawia.
Mój PENTI pomału daje ciała. Myślę nad zmianą sprzętu... coraz cześciej o tym myślę...
Ostatnio zaprosiłam do studio RYCERZA. To była sesja próbna, taka na oswojenie się mnie z modelem i na odwrót. Po cieżkich próbach z ustawianiem póz, wyszło kilka niezłych portretów, takich jak chciałam.
Facet wydawał się stworzony do pozowania i jest niesamowicie fotogeniczny. Niestety wydawał się..., może w zbroi wstąpi w niego wena prawdziwego modela i pokaże nam cos czego w nim szukamy.
Być może jest jednak inaczej. Byc może to ja szukam czegoś, czego po prostu nie ma. Mam zaproszenie na trening rycerski, w plenerze i na biesiadę. Mięsiwo pieczone nad ogniem i miód pity z rogu. Może byc ciekawie
skomentuj | (0)
| ŻAŁOBA NARODOWA | 2010-04-12 | 08:30:29 |
skomentuj | (0)
| Będziemy Pamiętać | 2010-04-12 | 08:24:23 |
09.04.2010 - Taki wieczór pewnie się nie powtórzy. Organizowałam po raz pierwszy spotkanie autorskie i bardzo mi zależało żeby było niezapomniane. Od niecałego roku znałam ludzi, którzy zgodzili się na recenzje książek Łukasza i wybrali sobie sami pozycje do przeczytania. Było mało czasu od momentu uzgodnienia terminu spotkania i wysłania książek, do spotkania, obawiałam się, że ludzie nie zdążą przeczytać. Okazało się jednak, że młodzież potrafi w warunkach extremalnych poradzić sobie z takim problemem.
Dzień wcześniej zorganizowaliśmy z Patrykiem (mózgiem całego przedsięwzięcia), spotkanie z recenzentami, żeby ustalić jakie pytania będą zadawane i żeby się nie powtarzały.
Rano tego samego dnia wracając ze sklepu dostałam wiadomość, że nie będzie spotkania w Per Se, off`owym teatrze, bo sala jest nie przystosowana i, że nie , bo nie. Próbowałam walczyć jeszcze, ale Mariusz był twardy i nie przejednany. Stanęłam bezsilna na trawniku (żeby w razie nagłej śmierci nie zmasakrować sobie twarzy), krew odpłynęła mi z mózgu w inne rejony, mniej przydatne i chwilę stałam nie myśląc. Potem automatycznie zaczęłam pisać esa do Patryka. Powoli wracał mi rozum... zadzwonił telefon, przerywając moje pisanie:
- Dobra Anka! Masz tę salę! Róbcie to spotkanie! - usłyszałam w słuchawce głos Mariusza... Niby się ucieszyłam, niby wszystko wróciło do ładu, moja krew znalazła drogę do naczyń mózgowych, ale będę na pewno krócej żyć.
Spotkaliśmy się z recenzentami W ROCKU 69. Patryk miał tego dnia osiemnaste urodziny. Czułam się zobowiązana do kupienia prezentu i złożenia życzeń, zresztą przez telefon nie chciał ich przyjąć. Kupiłam mu płytę Titusa z ACID DRINKERS i słonia... na szczęście i powlokłam się zupełnie otępiała z wrażeń porannych, do ROCKA. Patryk nie spodziewał się prezentów, a ja wstydziłam się jak gówniara przy składaniu życzeń przy jego przyjaciołach. Za stara jestem na takie przygody...
Grupka recenzentów była niewielka, ale solidna i zaangażowana. Pytania spisaliśmy na kartce i właściwie było po spotkaniu. Recenzenci rozeszli się błyskawicznie. Zostałam z Patrykiem, który w rewanżu za płytę, która bardzo się podobała, obdarzył mnie swoją ulubioną muzyką - folk metalem, o którym miałam mgliste pojęcie.
Nie spałam tej nocy wcale. Najpierw Marek zaczął chrapać jak stado niedźwiedzi. Potem poszłam odwiedzić toaletę, potem Markowi coś się sniło i gadał przez sen. Wysłuchałam wywodu o naprawie sprzęgła i wymianie opon i myślałam, że może choć na chwilę zmrużę oczy. Kot zaczął polowanie na coś co fruwało. biegał po stole, po regale..., dostał laczkiem i wtedy poczułam błogi przypływ snu, a potem usłyszałam dzwonek budzika...
Łukasz miał przyjechać o czternastej. Z Patrykiem umówiliśmy się pół godziny wcześniej w ROCKU.
Mariusz był już w sali. Na powitanie rzuciłam mu się na szyję z wdzięczności. Osłupiała młodzież, zgromadzona już w sali, nie wiedziała co jest grane. Nie tłumaczyłam. Mariusz jest przystojnym facetem i takie rzucanie mu się na szyję, to czysta frajda, a on nie protestował.
Po Łukasza poszłam z Mateuszem, jednym z aktorów amatorów w grupie Mariusza. Mateusz jest jednym z wielu młodych poszukiwaczy sensu życia na ziemi. Czasem poszukuje tego sensu zbyt intensywnie, mieląc przy tym jęzorem jak najęty. Tym razem też tak było. Nikomu nie dał dojść do słowa, używając często zwrotu "zajebiście" i odmieniając ten zwrot przez przypadki. Zapowiedział swoją aktywność na spotkaniu i oczywiście późniejszą wyprawę do miasta w celu wiadomym. Na spotkanie dotarlismy autem Łukasza, bo moi panowie pracowali tego dnia do póżna i nie dysponowałam transportem. Najważniejsze było, że nocleg był blizko miejsc, które mieliśmy odwiedzić.
Spotkanie zaczęło się punktualnie. Jako najbardziej zaznajomiona z twórczością Łukasza, miałam swoje pytania, w razie gdyby recenzenci wymiękli w ostatniej chwili. Jednak nikt nie zawiódł, nawet Mateusz biedula odważył się na jedno pytanie. Tradycyjnie na rozpoczęcie Łukasz przeczytał kilka fragmentów "Xenny", a potem dyskutowaliśmy. Przeważnie opierając się o przeżycia z autopsji autora. Najwięcej emocji budziły "Melanże z Żyletką", ostra, niemalże pornograficzna powieść o związku młodej dziewczyny i dużo starszego od niej faceta. Wszystko w atmosferze alkoholowo - narkotycznej. Nie będę pisać o zakończeniu. Polecam tę pozycję wszystkim znudzonym lekturami szkolnym i ckliwymi serialami. Przypomnę tylko, Łukasz Gołębiewski "Melanże z Żyletka" Można zamawiać na stronie autora- xenna moja miłość, najlepiej wchodzić przez google.
Były też pytania do powieści "Disorder i Ja" oraz do najnowszej wydanej w lutym tego roku pt. "Złam prawo". Na koniec okazało się, że autor ma już napisaną nowa książkę pt. "Bomba w windzie" i chce ją wydać w przyszłym roku. Patryk jednak chce zrobić z tego spektakl. Nie wiem co na to jego szkoła, ale ma chłopak pasję.
To była cześć oficjalna dnia, tak na zapoznanie. Potem zaczęła się część nieoficjalna, czyli wypad do miasta szlakiem odwiedzanych kiedyś przez naszego gościa pubów i knajp. Muszę w tym miejscu napisać, że autor w książce "Xenna moja miłość " opisuje pobyt w Płocku, w niektórych lokalach. Zaczęliśmy od "10,5". Nie pamiętam już kolejności, ale był przemarsz przez Ul. Grodzką, Przez Starówkę, zahaczyliśmy o Tumska... Jeden lokal jedno piwo, albo lufka czegoś mocniejszego. Była "Lisia jama", "Harison", "Pub Grodzki" i "Browar Grodzki", "Rock 69". Odwiedziliśmy Wzgórze Tumskie, gdzie odbył się festiwal win prostych.
Mogę sobie pisać o tym spokojnie, bo byłam na służbie, Niewiele piłam bo robiłam fotki, które można oglądać na stronie autora i u mnie na facebooku (Anna Gołębiewska).
skomentuj | (0)
| BLUES | 2010-03-24 | 07:41:32 |
Nie ma to jak taby z pierwszej ręki. Sto lat czekałam i się doczekałam. Znalazłam Elę Mielczarek na Myspace i poprosiłam ją o taby do "Hotel Grand".
Od trzech dni tłukę ten kawałek razem z płytą i powiem szczerze, że nawet chwyty barowe polubiłam. Jeszcze rok temu cisnęłabym to w kąt. Śpiewanie jeszcze trochę mi się rozłazi..., ale daję sobie jeszcze dwa dni i będę wyła jak trzeba. Nie wiem jak to wytrzymają domownicy. Miłosz proponuje granie z metronomem. HA! Wiem wprawdzie co to jest, ale jak mi kiedyś włączył i kazał grać, to tak mnie to uporczywe pikanie rozpraszało, że zapomniałam jak kawałek idzie. On wali w bębny z metronomem w uchu, ćwiczy namiętnie i ma efekty. Ja jestem uparta jak osioł i jest jak jest. Gram bo lubię. Na scenę nie wyjdę nigdy, bo nasrałabym w zbroję.
skomentuj | (1)
| Ciekawa Wiosna | 2010-03-22 | 06:41:17 |
Kocham Wiosnę, choć gil do pasa, ale w tym roku jest ciekawie. Nie myślałam, że wchodząc do studio narobię tyle zamieszania. Kasia dostała kolejną propozycję, tym razem udziału w kastingu miss look of the year, a po świętach robię fotki z fryzurami i makijażem do jakiejś gazety.
Finalizuję przygotowania do spotkania autorskiego z Łukaszem. Będzie się działo, oj będzie. Zapowiada się Impreza..., jeszcze tylko muszę zadzwonić do Mariusza z informacją i dopiero wtedy będzie wiadomo na pewno. Po wczorajszej rozmowie z Patrykiem (póltorej godziny), zupełnie wymiękłam. Myślałam, że gościu olał sobie to wydarzenie i muszę wszystko robić sama, a widzę pełne zaangażowanie i olimpijskie tempo.
Miałam marzenie..., Kupić PENTAXA KX..., chyba się spełni
Jeszcze jedno: Ela Mielczarek przysłała mi taby do "Hotel Grand". Nie wiem ile lat na to czekałam. Krzysiek wyjechał i szlag trafił granie, ale teraz mam te taby i niech krew się leje z palców, a nauczę się tego...
skomentuj | (0)
| Nie jest źle | 2010-03-01 | 06:24:02 |
Byłam na "Kompocie" w sobotę. Dwa razy. Mój super model czuje się dobrze. Moje zdjęcia mu nie zaszkodziły. Sztuka porywająca. Jak uporam się z RAW-ami to wkleję.
Marzec jeszcze pod znakiem sesji. Najpierw model raz jeszcze, potem Szuger i pewnie Mariusz.
Kasia dostała propozycję pracy z agencji modelek z Londynu. Po tych zdjęciach w POKISie. Naprawdę jestem dobra. Kasie wzięli za zawodową modelkę, a mnie za superfachowca. Mogę robić portfolio.
Najlepszy jest Marcin. Ostatnio Krysia robiła mu fotki i tak się rozpalił, że wyznał mi iż chętnie pozowałby mi do aktu. Takich propozycji jeszcze nie miałam jak żyję. Całe szczeście Marcin jest pełnoletni.
Zapowiada się ciekawy rok. Żeby tylko mój model nie poszedł w ślady Marcina. bo nie wiem czy chciałabym go odwodzić od takich pomysłów
Jestem w rozterce. Przydałby się nowy sprzęt. Nie jest drogi i połowę bym miała. Artur przysłał mi test nowego PENTAXA KX. HM...już go lubię
skomentuj | (0)
| Poprawka | 2010-02-22 | 08:55:57 |
Niedawno pisałam w tym miejscu,że nie potrafię robić fotek kobietom, dziewczynom.
Jak bardzo się myliłam, świadczy fakt, że sesja Kasi to połączenie Tamary Łempickiej i Anny Leibovic. To nie są moje słowa, więc tym bardziej czuję się..., no właśnie nie wiem jak się czuję. Znam obie panie, do których mnie porównano i myślę sobie:"eeeeeeeee tam" i żyję sobie dalej. Tylko uśmiecham się czasem do siebie w lustrze. Łechce mnie to, nie powiem.
Moja galeria w internecie się rozlazła całkiem, tak jakby ją rozstrzelano. Miłosz mówi, że to się da poprawić, więc jeszcze trochę zejdzie.
Mój MODEL wczoraj dzwonił z zaproszeniem na próbę generalną "Kompotu"w Per Se. Pewnie jakoś przeżył po niefortunnych Pietach. Za to Artur powiedział, że zaprosi Łódź Kaliską po obejrzeniu właśnie Piet. Ciekawy rok się zapowiada. Marek chce jechać pod Grunwald w lipcu, a z Krychą pracujemy nad plakatami na biennale za dwa lata. Jest też jedna sprawa. Kurde miałam nie pisać, ale to mnie tak wkurwia, że chyba napiszę. Mamy w naszej grupie jednego gościa, zakała, ktory gzie się pojawi robi nam kwas. Stary kawaler, niewyżyty seksualnie, jak zobaczy kawałek ciała to po prostu głupieje. Jest miły i trochę głupio go karcić tak na zapas. Nikt nie chce tego zrobić, więc postanowiliśmy nie informowac go o naszych wypadach na zdjęcia i już. Albo sie połapie , albo mu sie powie w końcu jak zapyta.
skomentuj | (0)
| Zachciało mi się... | 2010-02-10 | 07:07:27 |
Zachciało mi się sesji zdjęciowej z takim jednym gościem co to chodzi jeszcze do szkoły. Lubię fotografować miłych, inteligentnych i przystojnych facetów. Nie potrafię za to zupełnie robić fotek kobietom. No może z wyjątkiem Kasi.
W ferie Artur miał prowadzić zajęcia, jak żadnego roku. Pierwszy tydzień ferii, od poniedziałku do czwartku. Zrobiliśmy studio ze sprzętem z ALMY w poniedziałek. Na wtorek umówiłam się z modelem. Nie spałam całą noc z emocji bo Artur powiedział, że to tylko moja sesja i żebym się przygotowała. Ledwo żywa z rana napichciłam moim panom różności, a potem z plecakiem ciuchów i gitarą ruszyłam do studio. Model zjawił się punktualnie, także z torbą ciuchów..., a w studio? W studio tłum. Dziesięć obiektywów i tylko jedne "sanki". Tłum obojga płci z zaciekawieniem przyglądał się przygotowaniom do sesji. Ponieważ już wcześniej przeprowadziłam dłuższą rozmowę z modelem, żeby nie był spięty i żeby wiedział co go czeka, zaczęliśmy zdjęcia próbne. Od razu zaznaczyłam, że kto chce wziąć udział w sesji to musi czekać na swoją kolej bo lampy nie wytrzymają. Ale jak zaczęłam, to nikt nie czekał. Był taki bałagan, że to ja odpuściłam, a Artur kierował ruchem. Gnoje świetnie się bawiły. W końcu to dla nich były te zajęcia.
Postanowiłam uzbroić się w cierpliwość. Co godzina zmiana dekoracji i pierwsze fotki robiłam ja, ą potem była wolna amerykanka. Zajeździliby mi modela, tym bardziej, że poprzedniego dnia był na imprezie i zwierzył się z nieświeżych odczuć. Butelka wody "Kinga Pienińska", zielona herbata i co godzina przerwa na fajka i przetrwaliśmy piec godzin jazdy bez trzymanki. Na koniec były PIETY. Model bez koszuli w ramionach ochotniczek z zajęć..., No i doigrałam się. Jedna z panien ochotniczek nie wspomniała, że posiada już obiekt, który zapewne tuli od czasu do czasu, a model nie omieszkał wkleić swoich z nią zdjęć na Naszą Klasę i świat się dowiedział . Ja także się dowiedziałam. Wczoraj wracałam z buta z misji jaką powierzył mi Miłosz i spotkałam gościa z Per Se, który w partyzanckiej tajemnicy opowiedział mi, że model dostał ostrzeżenie. Znowu nie spałam całą noc. Pamiętam dobrze jak załatwia się takie sprawy w szkole. Najlepiej gdzieś na uboczu. Z dala od ludzkich oczu, do krwi. Czekam na jakiś telefon, bo sama, związana tajemnicą, nie mogę interweniować. A Marcin mnie ostrzegał, żebym nie bawiła się z obcymi dziećmi, bo to niebezpieczne.
Kto choć trochę w Boga wierzy, niech pomodli się czasem za mą grzeszną dusze i za tego Gnoja, co go lubię, bo szkoda by była wielka cierpieć jemu za moje winy.
W maju robię plakat do jego sztuki.
Wspomnę jeszcze, że w przyszły czwartek robię sesje Kasi, a Paweł niedawno wspominał o jakiejś lasce, której robili razem z Marcinem sesję w Pgfie. Miała to być sesja płytowo - plakatowa. Panienka nie dość, że przyszła nie umalowana, nie uczesana to wymagała jeszcze sporej gimnastyki w fotoszopie. Marcin wprawdzie o siebie dbać potrafi, ale makijażu zrobić, nie zrobi. Paweł pewnie patrzył na nogi i na to co pomiędzy. Nie fryzjer, sam goli się na zapałkę. Czuję, że będę miała sporo roboty, bo sesja raczej nieudana. W każdym razie chłopaki nie chwalili się fotkami.
skomentuj | (0)
| Happy New Year!!!!!!!!! | 2010-01-04 | 12:07:38 |
skomentuj | (0)
| Nowy Ład Świata - Harolda Pintera | 2009-12-14 | 07:25:52 |
Na pewno nie spodziewałyśmy się z Krysią takiego spektaklu na rocznicę. Jacek wystawił Pintera nie wiedząc z jaką reakcją (moją i Krysi) sie spotka. Pierwsza próba generalna była taka sobie. Robiłyśmy zdjecia i to się właściwie liczyło. Na drugiej próbie chciałyśmy uchwycić coś więcej, powiedzmy klimat...
Wtedy stanęła mi przed oczami moja dawna koleżanka z klasy, która przyszła do mnie, żeby opowiedzieć mi historię Mariusza..., opaska na oczach aktora - Mariusz zdejmuje okulary - krzesło po środku pokoju przesłuchań - krew na koszuli..., i tak każdego dnia, przez trzy tygodnie.
Pamiętam ten strach, kiedy wracajac do domu rozgłądałam sie dokoła. Staszne to były czasy i dzis nikt w to nie wierzy. Wtedy też nie wierzyli, że byłam po prostu chora przez tydzień. Dla Ciała pedagogicznego byłam bandytką, dla której jedyną drogą była droga na milicję.
Mariusza pewnie już nie ma. Nie udało mi się odnaleźć wspomnień o nim, wśród jego dawnych kolegów. Wszyscy są za granicą...
Dzieciaki odgrywające postacie ze sztuki też nie mogły uwierzyć, że można szlochac patrząc na młodego chłopaka z opaską na oczach, w koszuli pochlapanej czerwoną farbą, Krzyczacego "MAMO!", a z głośnika słychać słowa piosenki "Kim są ci źli ludzie, którzy przychodzą do ciebie nad ranem".
Krysia wzięła husteczkę z mojej paczki i głośno wytarła nos. Dzieciaki dopytywały sie czemu płaczemy..., nie potrafiłyśmy odpowiedzieć. Krysia odparła, że to po prostu najlepsza recenzja tej sztuki i uśmiechnęła sie.
Kilka dni wczesniej jeden brzuchaty pan powiedział: "Po co to rozpamietywać? ŻYJEMY teraz w takich cudownych czasach"
Pewnie tak jest wygodniej żyć, miażdżyca zrobi swoje albo świńska grypa. Za to nikogo sądzić nie będą... ani zabijać...
skomentuj | (0)
| Pandemia | 2009-12-10 | 08:28:58 |
Z powodu panującej grypy mój wyjazd do Królestwa został przełożony. Będziemy w kontakcie, jak pluskwy. Na razie rozglądam sie jeszcze z nadzieją po swoim podwórku, a bilans coraz gorszy. Dziś mam dostać odpowiedź od Artura w sprawie pracy. Nie ma jak znajomości.
Na brak zajęć nie narzekam, jednak, bo to i święta tuż tuż i wymieść z kątów trzeba. To standard, jak co roku. Oprócz tego nowe zajęcia w Małachowiance z fotografii otworkowej. Trochę za późno bo mało światła ale od czego jest glowa, od myślenia. Krajobrazów i portretów będzie czas narobić latem. LUKSOGRAFIA to jest to co można robić zimą, żeby szare komóry nie oszalały.
Poza tym wypasione studio w Almie u Zielińskich. Prowadze dyskretne rozmowy z pewnym przystojnym człowiekiem, żeby zaciągnąć go w to podejrzane miejsce i postrzelać lampą w jego wielkie niebieskie oczeta. Napaliłam się na to studio, bo jakieś dwa miesiące temu był u nas Pan Josef Talasz i pokazywał wykonane przez siebie portrety. MHM..., moge tylko westchnąć..., ale nie poddam się. Jeśli mój "APOLLO" się zgodzi, to go "wykorzystam".
Dziś wybieram zdjęcia na wystawę "ROCK METAL GRUNGE i trochę REGAE"(podkreśliło! Nie wiem jak to się pisze). To bedzie duża wystawa. Mariusz nieuchwytny bo zastępuje dyra w teatrze, a w niedzielę premiera w PER SE. Jedna z trzech zresztą, jeszcze w tym roku.
Mój 'traktat o czarownicach" leży w kawałkach. Troche na papierze, trochę w komputerze... i pewnie trochę jeszcze w głowie, skoro pamiętam o nim.
A moi Idole już w LAS VEGAS. U siebie. Fani na stronie internetowej chcą zrobić botlega z koncertu. Niegrzeczne dzieci. Nie słuchają jak im się mówi: "NIE NAGRYWAJ BO NIE WOLNO". Nagrywali telefonami. Kiepska jakość jak na botleg. No ale pamiątka jest. Na zawsze. Na wieki wieków........
skomentuj | (0)
| After the show | 2009-11-27 | 08:40:32 |
Prolog: To było najważniejsze wydarzenie minionego roku w moim życiu. Koncert Alice In Chains w warszawskiej Stodole. Trzyletnie oczekiwanie, przygotowania mentalne, finansowe. Miałam nie jechać bo zabrakło kasy na bilet. Dla niedowiarków w maksymę,że "wiara przenosi góry", napiszę tylko tyle: Wygrałam w totka kasę na bilet. Nieźle, nie!
No i prawie wszystko mi się udało. Piszę prawie, bo ja zawsze mam w zanadrzu jakieś chciejstwo nie do spełnienia. Dobra. Dosyć biadolenia. Pora się pozachwycać.
Pod Stodołą zameldowaliśmy się o siedemnastej. Wpuszczali za godzinę. Trochę mnie wytrzęsło bo w samochodzie nie zdjęłam wierzchniego okrycia. Z emocji chyba. Narodu było sporo, kolejka za horyzont. Muszę dodać,że był to pierwszy mój samotny koncert. Ogłoszono przez megafon, że można robić zdjęcia kompaktem ale nie wolno filmować. Dobre i to, pomyślałam ale aparat i tak schowałam za pasek spodni. Przy wejściu taki miły starszy pan obmacał mój kultowy plecak i spytał, "czy kochaneńka nie masz napoi?", Odparłam,że tylko sweter i dewocjonalia i weszłam. Potem dłuuuuuuuuuuuga kolejka do szatni, numerek, oczko w głowie, bo za zagubiony 20PLN w błoto.
Stodoła bardzo się podoba mi. Może dlatego, że to taki studencki PRL jeszcze. Przynajmniej tak mi się kojarzy.
Weszłam na salę. Było jeszcze luźniutko, więc ruszyłam na miejsce skąd mogłabym obfotografować IDOLA. O dziwo znalazłam miejsce tuż przy barierce, ale nie bez problemu. Grzecznie poprosiłam o minimalne przesunięcie się, na co jakaś wymalowana jejmość, że ona w razie czego się schyli. No dobra, myślę sobie, poczekam cierpliwie skoro nie wiesz kobieto co cię czeka za jakiś czas. Nie było supportu i trzeba było czekać dość długo. Nogi wrastały w Dpę. Bałam się tylko, żeby nie spotkało mnie to co M. Dańca kiedy czekał na walkę Gołoty. Ale nie. Wszystkie płyny ustrojowe zasnęły na tenczas snem sprawiedliwego. Może jestem chora ale moje dzieci chodzą na koncerty w słusznym wieku. Kobitka przytachała na koncert trzyletnie i stanęła z nim przy kolumnach.Więc może nie jestem chora, ale fanem to jestem cienkim w porównaniu z nią.
Zgasły światła i byłam przy barierce. Jak policzyłam i dobrze wyczułam to trzy ciała leżały na mnie przez cały koncert. Dzięki temu miałam jako taką stabilizacje przy robieniu zdjęć. I stało się światło i okazało się, że stoję w dobrym miejscu. Najlepszym. Mr. Cantrell stał vis a vis mnie. Uśmiechał się cudnie i przez chwilę patrzył na mnie. Nic dziwnego bo moja gębusia świeciła chyba najjaśniej tego wieczora i uśmiechała się non stop. No i się zaczęło. Z tego co pamiętam, to z nowej płyty zagrali cztery kawałki. Reszta była z czasów kiedy żył Laine. Pamiętam, że w Spodku trzy lata temu zabrakło mi takich kawałków jak "Angry chair","Junkhead", "Nutshell", "Man in the Box". Tym razem wszystkie wykonane były z moim skromnym udziałem. Mój ulubiony "Ain`t like that"z bogatą horeografią ręczną, a w międzyczasie oczywiście fotki. Panienka obok mnie nie mogła wyjść z podziwu. W porywach chyba nawet bardziej patrzyła na mnie niż na scene. Jakoś tak w połowie koncertu, rozgrzana przez trzy ciała za mną, zalałam się potem. Dobrze, że miałam arafatkę. Pod koniec, czyli około dwudziestej pierwszej zaczęła się ceremonia rozdziału artefaktów: kostek, pałeczek i membran od bębenków. Nie od razu dostałam kostkę Jerrego. Tuż przed zakończeniem Została mi wręczona. Ścisnęłam ją mocno i ruszyłam do wyjścia.
Na korytarzu kłębił sie tłum fanów idących do szatni na górze i na dole. Pomyślałam, że jak czegoś nie wymyślę, to szlak trafi autografy. Palca nie było gdzie włożyć. Trudno, pomyślałam, trzeba na krzywy ryj. Przykleiłam się do gościa, który stał zaraz przy ladzie i czekałam. Gościu dostał kurtkę, wyszedł, ja podałam numerek, w ułamku sekundy dostałam skórę i puściłam się pędem do wyjścia, zostawiając nieprzebrane tłumy za sobą. Uff, odetchnęłam świeżym powietrzem. Trochę kręciło mi się w głowie i pewnie dlatego poszłam w złym kierunku. Głowa chodziła mi dookoła szyi kiedy usłyszałam znajomy głos pana, który macał mój plecak: "Jak się podobało?", spytał Pan. Nie wiedziałam na początku kto to jest. Dopiero jak wyszedł z cienia to zobaczyłam odblaskową kamizelkę.
"Dobry człowieku, z nieba mi spadasz. Gdzie mogę Ich znaleźć? Gdzie będą wychodzić? ", spytałam. Podszedł bliżej, nachylił się i rzekł: "Z drugiej strony jest brama. Ludzie już tam stoją, biegnij tam". No i pobiegłam wyciągając swoje dewocjonalia po drodze. Było nas ze dwadzieścia osób. Wszyscy jeszcze podnieceni koncertem. Niektórzy czymś więcej. Pierwszy pojawił się Sean - perkusista. Wymieniłam serdeczności i wymusiłam obietnicę, że na pewno znów przyjadą. Sean był rozmowny, on w ogóle jest najfajniejszy z grupy. Jerry przyszedł za chwilę i tylko słuchał moich zachwytów i pisał. Chciałam zapytać go o wspolne zdjęcie ale życzył tylko miłych snów "Good night", powiedział podał dłoń i poszedł. Will i Mike postali trochę dłużej. Pytali o imiona i grzecznie skrobali dedykacje. Ja dostałam serduszko gratis od Wila. Potem pomachaliśmy im jak odjeżdżali wielkim czerwonym, piętrowym potworem i przyszedł czas na bilans osiągnięć. Fotki są, Kostki są, autografy są - wszystkie, cudowne wspomnienia w nadmiarze, Piękny uśmiech idola musi wystarczyć do następnego razu zamiast zdjęcia z nim. Jerry wie jak przyciągnąć fana na koncert. Jestem przykładem. Nie wszystko na raz. Po trochu, powoli. Następnym razem na pewno się uda.
Epilog: Chętnych do oglądania Artefaktów odsyłam do mojego spejsa ewentualnie na mój Facebook pt. Anna Gołebiewska. Życzę miłego oglądania. Będzie wystawa moich zdjęć koncertowych o czym nie omieszkam powiadomić i zaprosić. Również moje zdjęcia do oglądania na www.teatrplock.pl w galerii.
Ps. Jeszcze nie wydobrzałam z przeziębienia. Możliwe zapalenie oskrzeli ale nie mam czasu chorować..., puki co.
skomentuj | (0)
| Jesienny Koncert | 2009-11-25 | 06:16:44 |
skomentuj | (1)